Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


2 komentarze

Bournemouth

Nasza wycieczka do Bournemouth pomogła mojemu ciału i mojej duszy. Słońce opaliło moja blada skórę. Piasek zadziałał jak peeling, złuszczył zrogowaciały naskórek. Widok wielkiej, błękitnej wody sprawił, że moje myśli się uporządkowały.  Cieszący się pogodą ludzie przypomnieli mi o tym, że mamy lato. Według wszelkich znanych mi prognoz ma ono potrwać osiem dni. Zaczęło się tydzień temu, czyli w dniu naszego wypadu nad morze, a kończy się dzisiaj. I się nie pomylili. Właśnie włączyłam ogrzewanie w naszym mieszkaniu. Tak mi się jakoś zimno  zrobiło.

…ale wróćmy jeszcze na chwilę do tych ciepłych wspomnień  znad morza. Wybrzeże, które ukazało się moim oczom, wywarło na mnie duże wrażenie. Byłam przygotowana na widok małej, żwirowej i waskiej plaży….a tu coś zupełnie innego.  Miejsce to od razu skojarzyło mi się z Sopotem, i nawet molo jest! Część plaży stanowi asfaltowy pas, który ciagnie się przez kilka kilometrów. Miejsce dla spacerujących i uprawiajacych sporty rowerowe.  Wzdłuż części tego pasa ustawione sa małe fioletowe domki, wielkości zaledwie kilku metrów kwadratowych każdy. Na poczatku myślałam, że to może toalety, ale szybko okazały się czymś innym. Domki mają swoich właścicieli, którzy trzymają tam sprzęt do plażowania (leżaki, ręczniki, materace),  niektórzy wędki, a jeszcze inni urzadzili sobie na tym malym skrawku podłogi wspaniała kuchnię. Tam przygotowują sobie jedzenie, parzą kawę. Jeden człowiek mieści się w takiej kuchni, reszta domowników siedzi na leżakach na zewnatrz, tuż przy drzwiach. Myślę, że w Polsce taki pomysł by się nie przyjął. My, Polacy, potrzebujemy przestrzeni i odgrodzenia sie od sąsiada płotem, a najlepiej kilkoma + domofon. Czy to w domku, w którym przyszło nam żyć na codzień, czy od święta, jakim sa wakacje. Czy tak nie jest?!

Po plażowaniu ruszyliśmy na molo (wstęp płatny 60 pensów), a na nim bar, leżaki i karuzela dla dzieci.

À propos dzieci. Mojego dziecka. Laura jest „genialna”, W. powtarza to jak mantrę, ale coś w tym jest. Z tym dzieckiem podróżowanie to prawdziwa przyjemność. Żadnych problemów. Zadowolona wsiada do samochodu, warunek! – musi grać głośno muzyka, albo muszę śpiewać, najlepiej w duecie. Na tatę Laury w tym temacie nie mogę liczyć, ale moja siostra jest niezawodna. Po jakimś czasie Laura zasypia i najczęściej budzi się już w miejscu docelowym. Jak widzi nowe miejsca to wzdycha, albo pyta w swoim języku, znanym tylko nam: „gdzie ja jestem?”.

W Bournemouth, nad morzem… i to morze Jej przypadło najbardziej do gustu. Radości nie było końca, najpierw moczyłyśmy stopy, ale Laurze to nie wystarczało. Pchała się głebiej – po chwili moje 14-miesięczne dziecko całe było mokre. Zero oznak strachu. Zaczęłam krzyczeć „moja krew, ona jest taka jak ja”. Ja kocham wodę, podobnie moje rodzeństwo. Tata tą miłość w nas zaszczepił. Lubił wrzucać nas na głęboką wodę. Robił to nie tylko nad morzem, życie codzienne również z nim tak wygladało…ale może dzięki temu super pływamy i umiemy poradzić sobie w wielu innych sytuacjach. A może to wcale nie jego zasługa tylko mojej Mamy, która przez całe nasze życie jest dla nas jak koło ratunkowe. Zawsze obok, zawsze w pogotowiu. To na pewno zasługa ich obojga.

I ja. Stoję nad Laurą jak Anioł Stróż. Wszędzie widzę zagrożenie, wszędzie widzę niebezpieczeństwo. Moja wyobraźnia na temat tego co się może Jej stać mnie kiedyś wykończy. Tak mówi W. i chyba ma rację. Zapewne najczęściej wypowiadanym słowem przeze mnie w ostatnich tygodniach było „uważaj”, no może na równi z „kocham Cię”. Może mi to kiedyś minie, a może nigdy. Bo tak już mamy mają. Tak bardzo chciałabym oszczędzić  Jej wszystkich guzów, bólu i wszelkiego zła.

Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa jak teraz jestem, ale i nigdy wcześniej nie byłam tak zatroskana. I wtedy to przypomina mi się wypad  nad pewne jezioro:) z moimi przyjaciółkami A. i J (kilka lat temu). . Budziłyśmy się i nie wiedziałyśmy co za dzień mamy. Czy to szósta popołudniu, czy może rano? Wtorek a może już środa? Sąsiada trzeba było zapytać. To były dopiero beztroskie lata. A moi rodzice pewnie w tym samym czasie składali ręce do Boga, by nade mną czuwał. I czuwał. Więc i ja do niego składam. Niech czuwa nad Laurą.

Nasze plażowanie uwieńczył obiad. Ryba z frytkami. Nie, przepraszam. To było fish and chips :)


Dodaj komentarz

Unbelievable!

We have summer in UK, unbelievable!

Słońce, plaża, kąpiel w morzu. Powoli traciłam nadzieję, że to wszystko uda mi się kiedykolwiek przeżyć na tej Wyspie.

A jednak.

Więcej o naszej wyprawie nad morze napiszę za kilka dni. Dziś tylko 3 zdjęcia. CDN.


Dodaj komentarz

…a w Polsce

Od naszego urlopu w Polsce minęło już kilka tygodni…ale emocje, które temu wypadowi towarzyszyły zapamiętam na długo, może na zawsze.

Gdy wysiedliśmy na lotnisku w Poznaniu…poczułam piękny zapach. Może to wiosna tak pachniała, może domem mi zapachniało, a może to perfumy pani, które przechodziła tuż obok. Nie wiem. To coś w powietrzu sprawiło, że poczulam się  szczęśliwa.

Szepnęłam Laurze do ucha: To jest Polska. Tu się wszystko zaczęło. A później dodałam, ale już tylko do siebie:  I  mam nadzieję, że tu się wszystko skończy. Nie teraz, ale kiedyś tam. Gdy skóra mi się nieprzyzwoicie pomarszczy, gdy już więcej komórek mojego ciała będzie ginęlo niż się rodziło, gdy wszystko co miałam załatwić na ziemi już załatwię. Dopiero wtedy, nie wcześniej. Ale w Polsce, nie gdzieś tam w świecie. Kocham życie…tyle cudownych rzeczy można robić, tyle pięknych miejsc można zobaczyć. Jestem wciąż głodna, zachłanna. Nie wiem gdzie żyć, ale przynajmniej wiem gdzie umrzeć…dobre i tyle:)

Polskie drogi… może niedoskonałe, jedne z dziurami, inne już załatane. Ale znane. I te normalne samochody, z kierownicą po odpowiedniej stonie. I można przejść na drugą stronę ulicy, wcześniej ruszając całkiem normalnie głową: w lewo, w prawo, i znowu w lewo. Tak jak Mama zawsze uczyła.

Język – z ruchu warg można przeczytać co szepcze jeden do drugiego, a stali z 20 metrów ode mnie.  To miło, że jeden z drugim się niebawem znowu spotkają.

Babcia – Przepraszam. Nie powinnam Ci tego robić . Tak zawsze blisko siebie a teraz tak daleko. Zrozum…

Przyjaciółki – wydaje się, że nigdy nie wyjeżdżałam…

Mama – przytul mnie Mamuś i wytłumacz mi jak to możliwe, że czuję się szczęśliwa tu i tam.

Za 5 tygodni znów tam będę:)


Dodaj komentarz

Facelifting

Muszę się przyznać do pewnej zmiany jaką po cichu wprowadziłam na tym blogu. Otóż usunęłam stronę ” Możesz to mieć”. Postanowiłam, że rzeczy, których mam nadmiar „pozbędę się” w inny sposób niż oferując ich kupno przez stronę tego bloga. Nie znajduję czasu na to by je fotografować a póżniej opisywać, wystawiać i wyceniać. Nie sprawiało mi to poza tym żadnej frajdy. Od teraz na tym blogu tylko „słowo” będzie się liczyło. Postanowiłam również nadrobić pewne zaległości. Kilka dni temu po raz pierwszy przeczytałam wszystkie posty jakie do tej pory udało mi się popełnić. Z przykrością stwierdzam, że mało było o Anglii, a założenia początkowe były inne. Dlatego biję się w piersi i postanawiam poprawę. Dostaję na maila zapytania o koszty życia na Wyspie, benefity itp. rzeczy.  I o tym obiecuję wspomnieć.

Po 5 miesiącach pisania tego bloga stwierdzam, że sprawia mi to wielką przyjemność i jeśli tylko pozwolicie będę to czyniła nadal. Nie myślałam, że się w to tak wkręcę. Przed jego założeniem właściwie nie istniałam w świecie wirtualnym. Nie ma mnie ani na facebooku ani na Naszej Klasie, i innych tego typu  portalach. Do tego stopnia byłam niewidoczna, że jedna z koleżanek mojej siostry zapytała się czy żyję:)

Odkąd bloguję mogę śmiało powiedzieć: I’m not dead. Check my blog ;)

Tymczasem chcę Wam opowiedzieć o pewnym zdarzeniu.

Rzecz się działa w maju tego roku. Zdarzyła się podzcas jednej z naszych wycieczek do Londynu. Spacerowaliśmy sobie rodzinnie po moście Tower Bridge, W. z roześmianą Laurą na ręku i ja za nimi, jak zwykle krocząca z aparatem w dłoni. Wtem zaczepia moją córkę dwóch mężczyzn i prosi Jej Tatę o zdjęcie z Nią. Ojciec o dziwo się zgadza…no bo podobno wnukom Jej Królewskiej Mości się nie odmawia.

Spotkanie mojej córki z Księciem Cambridge – Wilhelmem i Księciem Walii Henrykiem uwieczniłam na zdjęciu.

Gdyby ktoś z Was kiedykowiek chciał się przebrać za kogokolwiek z rodziny królewskiej, chociażby za samą Elżbietę II, to wiedzcie, że służę aparatem.:))))).

pozdarwiam serdecznie

nadworny fotograf

Mama full time


2 komentarze

Proper English weather

Wyglądam dziś rano za okno i widzę, że  znowu pada. Patrzę się błagalnym wzrokiem na mojego W. i mówię: proszę powiedz mi, że to nie dzieje się naprawdę. On tylko rozkłada ręce i mówi: proper English weather kochanieJuż się przyzwyczaiłem do niej. A ty?

A ja nie. A ja  żyję myślami o wakacjach w słonecznej Hiszapnii. O spacerze bez parasola w pogotowiu. O porzuceniu na jakiś czas kurtki z kapturem. O braku konieczności stosowania folii przeciwdeszczowej na wózek dla mojego dziecka. Czasami sobie myślę, że tak mi szybko rośnie ta Laura, bo ma pod tą folią iście cieplarniane warunki:)

Raz pada, raz nie pada i tak w kółko. Kapie z nieba – zakładam kurtkę przeciwdeszczową na siebie, wózek przykrywam folią. Po 10 minutach przestaje. Robi mi się gorąco. Ściągam kurtkę, składam folię. Idziemy dalej. Po jakimś czasie znów czuję, że pada mi na łeb. Zaczynam mieć to gdzieś. Moknę bez okrycia wierzchniego. Idę ubrana tylko w krótki rękawek. Teraz wygłądam jak typowy Brytyjczyk. O dziwo nie jest mi z tym źle. Wraca mi humor. Uśmiecham się do Laury i do siebie. I mówię do Niej:  tą soczystą zieleń drzew i trawy, którą mogą cieszyć się nasze oczy zawdzięczamy właśnie tej pogodzie córeczko…  Zdejmę Ci folię Laurko na chwilkę, trochę zmokniesz, ale nic Ci nie będzie. Oddychaj głęboko.

To nic, że pada. O 10.30 ruszamy z Laurą i naszymi nowymi przyjaciółkami, Panią J. i Panienką T. (mamą i córką) do Beale Parku. Zabieramy ze sobą folie ochronne na wózek, kurtki przeciwdeszczowe i kalosze – bo deszcz to nie powód, żeby siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu. Gdybym mieszkała w Polsce,  zapewne odłożyłabym tę wycieczkę na inny, słoneczny dzień, ale w Anglii może on nigdy nie nastąpić.

W parku, który jest czymś na kształt ogrodu zoobotanicznego, widziałyśmy różne zwierzęta ( owce, kozy, strusie, kury, kaczki, lamy, surykatki (Suricata suricatta), bawiłyśmy się na placu zabaw i gdy tylko wyjrzało słońce urządziłyśmy sobie piknik.

…a jak wracałyśmy to znów kropiło:)