Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


2 komentarze

Dla małych i DUŻYCH – Walencja cz.2

…ale zawiało chłodem w tej Anglii. Muszę szybko opisać wspomnienia z Hiszpanii bo jeszcze nie daj Boże ulegną zamrożeniu. Odpalam nasz elektryczny kominek, w dłoni dzierżę wielki kubek kakao i zajadam „kryzysowego murzynka”. Ciasto, które powstało praktycznie z niczego, w czasie krótszym niż powinno… ale najważniejsze, że podniosło poziom glukozy w mojej krwi.

Położona na wybrzeżu Costa Blanca Walencja jest trzecim co do wielkości miastem Hiszpanii . Znakiem firmowym tego miasta jest, zapoczątkowana w średniowieczu, fiesta Las Fallas – święto ostatnich dni zimy. Święto to zapoczątkowały wiosenne porządki, podczas których na ulicy miasta palono stare meble i śmieci. Dziś w ich roli występują wznoszone na skwerach i placach, kosztujące setki tysięcy euro, konstrukcje z papierowej pulpy. Fallas to monstrualne rzeźby przedstawiające różne postaci. Taka satyra na obyczaj lub politykę. Ostatniej nocy – La Nit del Foc –  wszystkie fallas zostają spalone, a pod ratuszem wznieca się ogień kulminacyjny (który podobno sięga piątego pietra). Takie tam hiszpańskie świętowanie. Muszę to kiedyś zobaczyć, podobnie jak  obrzucanie się pomidorami w Buñol czy bieganie z bykami po ulicach Pampeluny.

Ale o czym ja marzę: fajerwerkach, bykach, tarzaniu się w pomidorach. Zejdź na ziemię Matko Polko i najpierw odchowaj swoje dzieciaki a później myśl o świętach ekstremalnych.

Tak więc schodzę i odsłaniam chilloutowe oblicze Hiszpanii i Walencji. Państwa i miasta, które okazało się cudownym miejscem wypoczynku dla rodziców i ich pociech.

Po pierwsze morze i pogoda. Piękne plaże i ciepła woda w Morze Śródziemnym, stanowiły obowiązkowy punkt dnia. Wymoczyłyśmy się z Laurą za wszystkie czasy –  nie myśleliście chyba, że napiszę, że wylegiwałyśmy się na ręcznikach zażywając kąpieli słonecznej. Wczasy z dzieckiem tą aktywność zupełnie wykluczają.

Może zwiedzanie? Tak, i owszem, ale nie wszystkiego. Nie wchodzą w grę obiekty nieruchome, a zatem w poszukiwaniu tych ruchomych ruszyłam do zoo i oceanarium. Tu radości nie było końca – dla rodziców jak i  dla dzieci. Wizyta w Bioparcu musi stanowić główny punkt w planie rodzinnej wycieczki. W tym ZOO  żadne ze zwierząt nie mieszka w klatce. Żyrafy, słonie i nosorożce, dzięki wymyślnym konstrukcjom, biegają po wybiegach imitujących ich naturalne środowisko. Leniwce nawet i tego nie potrzebują, pod czujnym okiem opiekuna przechadzają się dumnie w pobliżu zwiedzających. Freud twierdzi, że dzieci do trzeciego roku życia nic nie pamiętają z obrazów, które widziały. Być może. Ja natomiast na zawsze zapamiętam uśmiech, który rysował się na twarzach naszych pociech na widok dzikich zwierząt. I to „o!!!!” mojej Laury, która już jako mała dziewczynka tak pięknie potrafi się zachwycać otaczającym Ją światem. Mam nadzieję, że to „o!!!”, czy inne „wow” zostanie z Nią na całe życie.

Podczas gdy moja córka, i córka mojej przyjaciółki zachwycały się zwierzakami, nimi zachwycił się pewien młody, prawdopodobnie czteroletni dżentelmen. Najpierw podbiegł do Laury i Ją pocałował, a później, ominąwszy wszystkie Hiszpanki, do A. Najwidoczniej blond włosy działają na młodzieńców z hiszpańskim temperamentem jak magnes. Zrobił to tak szybko i sprawnie, że tak my, jak i jego rodzice ze zdumienia i śmiechu do łez wychodziliśmy kilka minut.

Udało mi się zrobić kilka zdjęć, dosłownie tylko kilka, bo obiekty były bardzo ruchome. Zwierzę w jedną stronę gnało, Laura w drugą. Nie wiedziałam czasami za co się łapać. 16 miesięczne stworzenie, wózek i aparat fotograficzny to wystarczający balast dla ciężarnej w 20 tygodniu ciąży. Na szczęście łyk kawy i bagietka, skonsumowane  z widokiem na żyrafy, szybko mnie postawiły do pionu.

To był bardzo udany dzień.

c.d.n.


2 komentarze

Za siostrą i marzeniami – Walencja cz.1

Od pomysłu do realizacji czasami tylko jeden krok

Kiedy moja siostra oznajmiła mi, że wyjeżdża na rok „na Erasmusa” do Hiszpanii, zrobiło mi się trochę smutno. Pomyślałam sobie: ledwo Cię „dopadłam” w tej Anglii a Ty  mi znowu uciekasz? Ale to nic. Coś wymyślę, znajdę Cię i tam ;)

Od zawsze Jej kibicuję i doskonale rozumiem Jej ciekawość świata. Dlatego nie zamierzałam Jej zatrzymywać, ale też i nie zamierzałam zostawić ;) Niemal od razu narodził się w mojej głowie szalony pomysł. Zdecydowałam, że wynajmę na miesiąc mieszkanie gdzieś w pobliżu Jej domu i zaproszę rodzinę i znajomych do Hiszpanii. W końcu jestem na urlopie wychowawczym, na urlopie podczas którego już dawno obiecałam sobie, że będę robiła rzeczy na które w „normalnym” życiu zwyczajnie brakowało mi czasu. Poza tym zrobiłam to jeszcze z innych pobudek. Dane nam było z W. zobaczyć już kilka miejsc na świecie. Ilekroć widzieliśmy rzeczy, które zapierały nam dech w piersiach pisałam do najbliższych mi osób „szkoda, że nie możemy w tym samym momencie podziwiać tych samych rzeczy”. Albo „Mamo, jak tu jest pięknie”. Brakowało nam tego by się móc tym szczęściem z kimś jeszcze podzielić. Dlatego, szczególnie teraz gdy jesteśmy tak daleko od tych wszystkich, których tak bardzo kochamy, wakacje spędzone w Ich towarzystwie wydały się nam jedynym słusznym rozwiązaniem.

Początkowo nikt nie wierzył w powodzenie tego pomysłu, z wyjątkiem rzecz jasna mojego W. Błysk w jego oku (który uwielbiam) na myśl o tym wypadzie kazał mi brnąć w wyznaczonym kierunku. Kolejnego dnia już rozglądaliśmy się po sieci w poszukiwaniu odpowiedniego lokum. Mieszkanie miało mieć przynajmniej 3 pokoje i wielki balkon. Dobrze byłoby gdyby morze było gdzieś w zasięgu ręki…tak by kobiecie z małym dzieckiem przy boku, a drugim w łonie było wygodnie:) Udało się. 100 metrowe mieszkanie, z wielkim tarasem i widokiem na Morze Śródziemne. Znaleźliśmy je w odległości 12 km od Walencji, 15 km od mojej siostry, i  5 minut od plaży. Koszt wynajęcia na miesiąc takiego mieszkania to kwota rzędu 800 euro. Wydaje się niemało…  Być może. Ale gdy sobie pomyślę, że w tym czasie spędziło tam tygodniowe wczasy 13 osób, 2 tygodniowe – W. , a cały miesiąc ja z Laurą (czyli w sumie 16 osób) to nie wydaje mi się takim wielkim wydatkiem.

Goście dopisali. Mimo trudów podróży. Z Polski do Walencji nie ma bezpośrednich lotów. Tak więc wliczając dojazd na lotnisko w Polsce, czas spędzony na lotnisku czekając na przesiadkę i loty samolotami, podróż taka to 12 godzinna wyprawa. Stanowić może to wysiłek dla dorosłej osoby a co dopiero dla dzieci w wieku 2-3 lat, które w liczbie 3 sztuk dotarły do nas.

No właśnie! Niech ten post i kolejne o Walencji, będą dowodem na to, że z dziećmi można podróżować…o radości i trudach takiej wyprawy w kolejnych odsłonach.


Dodaj komentarz

Nasze długie hiszpańskie wakacje

…dobiegły końca. Jesteśmy już w domu. Albo jak to W. powiada: w czymś na kształt domu. Jesteśmy w Anglii. Po miesięcznym wypoczynku w Walencji czas najwyższy wrócić do codziennych zajęć i obowiązków. Dziękuję tym wszystkim, którzy mimo mojego 30-dniowego niebytu  na tym blogu, od czasu do czasu tu zaglądali. Postaram się Wam i sobie przypomnieć niektóre chwile spędzone nad Morzem Śródziemnym. W kolejnych postach będzie o ludziach, o miejscach, o muzyce, tańcu, jedzeniu, języku hiszpańskim i wietrze (!?).  O tym wszystkim czego doświadczyłam na własnej skórze w trakcie trwania naszych długich hiszpańskich wakacji.

…ale mañana, tzn. jutro. Nie dlatego, że stałam się taka hiszpańska i zaczęłam używać ulubionego słowa Hiszpanów, ale dlatego, że odezwały się moje zatoki i głowa boli potwornie. Ukojenie przyniesie mi tylko sen.
Dobranoc.

PS. zatoki zatokami, a mi już tęskno za otwartym morzem;)