Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


2 komentarze

My Strażniczki Pamięci

Śmieją się ze mnie jeden z drugim, że z aparatem się nie rozstaję. Z tego, że ciągle pstrykam zdjęcia i filmiki nagrywam. Z tych moich dziesiątek folderów i albumów. Z tego wywoływania zdjęć i oprawiania ich w ramki się śmieją. Mówią, że to jakaś choroba jest…do tego, że dziedziczna, bo za Mamusią.

A my… robimy swoje, bośmy Strażniczkami Pamięci w naszych domach. Co każdą chwilę życia pragną docenić, każdą rysę na twarzy ukochanych zapamiętać, wszystkich obecność w naszym życiu uwiecznić…ile się da – wszystko – ocalić od zapomnienia. Bo my wiemy jak życie jest kruche, jakie bywa ulotne. Że pamięć człowieka choć wydaje się być studnią bez dna – to czasami tego dna dotyka. I płata figle, i obrazy przeszłości przesłania.`

A potem jeden z drugim przychodzą i albumy oglądają, i zaczynać sobie wszystko przypominają. Że to się zdarzyło, że to nie snem tylko jawą było. A jeszcze filmik jak im się puści, to i łzy jeden z drugim popuści. Bo głos usłyszą i ruchy zobaczą. I że żył, i był ten człowiek częścią naszą. I choć teraz go nie ma, to tym którzy po jego odejściu się urodzili, dzięki tym zdjęciom i płytom, na nowo ożyje.

Jeden z drugim po czasie przyznają, że dobrze, że nas mają…takie co zapomnieć nie pozwalają.

IMGP9755

PS. miałam Was zachęcić do robienia zdjęć, a tu rymem tym częstochowskim (który wkradł mi się przypadkiem w tym poście) zniechęcam nawet do czytania. Niestety w tym tygodniu tak mam. Nic mi nie wychodzi.  Wciskam OPUBLIKUJ z nadzieją, że będzie mi to wybaczone. Miłego weekendu.


Dodaj komentarz

…i my z Nią tą łódką roł:)

Zastanawialiśmy się jak Jej pomóc, a nie zaszkodzić. Jak Ją wprowadzić w świat języków tak, aby odróżniała od początku nauki mówienia swój ojczysty język od tego „obcego”. Cel jaki sobie postawiliśmy był dość oczywisty: nauczymy ją mówić z pewnością po polsku, pomożemy Jej poczuć się dumną ze swojego języka, a później zajmiemy się angielskim.

Z pomocą przybyła nam również pani logopeda, która zaczepiła mnie na jednych z zajęć, na które uczęszczałam z Laurą. Radziła: mówcie do siebie z W. i do Niej tylko po polsku, przebywajcie jak najwięcej w towarzystwie polskich dzieci, czytajcie Jej książki po polsku, powtarzajcie rymowanki, piosenki, wierszyki w waszym języku. Gdy Laura zacznie przedszkole lub szkołę wtedy zacznie mówić po angielsku.

Spodobał nam się ten pomysł, był bliski naszym założeniom. Wdrożyliśmy go w życie. Mimo chodzenia z Laurą na zajęcia anglojęzyczne i oglądania książeczek angielskich zwracaliśmy się do Niej zawsze po polsku. Jedynym wyjątkiem były angielskie piosenki, które od zawsze śpiewałyśmy w oryginale.

Co na to Laura? Ona, pomimo planu rodziców i pani logopedy, poszła swoją drogą i stwierdziła, że nie będzie czekać z nauką angielskiego do okresu przedszkolnego. Widocznie stwierdziła, że konkurencja nie śpi;) Postanowiła zacząć w wieku 18 miesięcy. Kilka tygodni temu podeszła do mnie z wyciągniętymi rączkami i powiedziała: roł  (row). Row, row, row your boat – tak zaczyna się jej ulubiona piosenka.

Teraz ilekroć nachodzi Ją ochotą na śpiewanie tej piosenki wykrzykuje to słowo. Zaskoczyło nas to, ale i ucieszyło…i tak od tamtego czasu tą łódką wiosłujemy sobie z naszą córeczką, która zalewa nas potokiem słów polskich, a i kilku nowych angielskich. W słowniku angielskim Laury pojawiły się również: pik, dżamp, klap, ap, dał (pig, jump, clap, up, down).

Cóż począć. Trzeba i swój język improve, tak by nie dać się zaskoczyć córce;)

PS. dzieci są niemożliwe. Dzisiaj 17-miesięczny synek mojej koleżanki (rodzice są Polakami) wzdychał do siebie pod nosem: oh dir (oh Dear) – i nie zdarzyło mu się to po raz pierwszy. Płakałyśmy ze śmiechu…a nie powinnyśmy. Bo ostatnia rada pani logopedy brzmiała: nie śmiej się ani nie żartuj z akcentu dziecka, lub z tego że robi błędy.

…ale jak tu się nie uśmiechać, powiedzcie mi?!


2 komentarze

Każdy ma swojego bzika

„Robiłam to, robiłam tamto”. A wszystko z butternut squash. Chwaliły się moje znajome. Zastanawiałam się co za warzywo kryje się pod tą nazwą. Następnego dnia W. położył na stole coś na kształt dyni i krzyczy: kupiłem butternut squash, znasz to? Hmm. Też mi pytanie, pewnie, że znam – odpowiedziałam;)

Warzywo faktycznie pochodzi z rodziny dyniowatych. To jedna z odmian dyni piżmowej (Cucurbita moschata). Wygląda tak:

30 minut później, po ugotowaniu butternut squash wraz z kilkoma innymi warzywami, a później zmiksowaniu ich powstała przepyszna zupa – krem.

A co tam pomyślałam sobie. Zrobię mu zdjęcie (bo taki dobry wyszedł) i wstawię na bloga (bo taka dumna byłam). Wyniosłam miseczkę z zupą na dwór, postawiłam na trawce i robię sobie to zdjęcie. Nagle czuję oddech na swoich plecach. Odwracam się, a tuż za mną stoi mój 5-letni sąsiad-przyjaciel i ze zdziwieniem w oczach pyta: What are you doing?

Na te słowa, wzięłam miseczkę i obrażona odwróciłam się na pięcie. Pomyślałam sobie: Czekaj, czekaj. Jak Ty jutro będziesz biegał po ulicy przebrany za Supermana, to ja też się Ciebie zapytam: What are you doing?

Każdy ma jakiegoś bzika. A Wy jakiego macie?


2 komentarze

Wietrzna nie znaczy wieczna

Co ja tutaj robię? Dnia 11.11, w dniu imienin Marcina powinnam być teraz w swoim kraju. Zajadać od rana rogale świętomarcińskie i cieszyć się wspólnie ze swoimi rodakami rocznicą odzyskania niepodległości przez naród polski.

Zamiast delektować się słodyczą z ciasta półfrancuskiego, z nadzieniem z białego maku, wanilii, mielonych daktyli lub fig, cukru, śmietany, rodzynek, masła i skórki pomarańczowej, to ja siedzę w Anglii i walczę z „kurczakiem”. Chickenpox, bo tak Anglicy nazywają ospę wietrzną, dotknęła nasze dziecię. Tak naprawdę z kurczakami ta choroba nie ma nic wspólnego – jej nazwa pochodzi od skojarzenia wyglądu wysypki z kształtem i rozmiarem ziaren ciecierzycy (chickpea). Jedna z pierwszych z całej serii chorób zakaźnych wieku dziecięcego, którą lepiej przejść wcześniej niż później. Im człowiek starszy, tym więcej ryzyk niosą powikłania wynikające z przebytej ospy. Pierwsza krostka, która pojawiła się 2 dni temu była zwiastunem i prorokiem całej plagi kolejnych, czerwonych i swędzących wykwitów skórnych. Radzimy sobie z uciążliwymi objawami stosując środki, które łagodzą świąd i odkażają skórę oraz obniżają gorączkę. W Anglii można kupić na przykład Allerief (chlorphenamine maleate) i ViraSoothe, które zmniejszają świąd, Calamine lotion, zawiesinę zawierającą tlenki cynku i żelaza, która dodatkowo ułatwia gojenie. Do dezynfekcji można użyć nadmanganianu potasu dodanego do kąpieli, aby obniżyć temperaturę ciała – paracetamol lub ibuprofen.

Wraz z pojawieniem się ospy od kilku dni narodziła się nowa świecka tradycja w naszym domu. Laura wstaje o godzinie 4.00 rano, każe sobie ugotować parówkę i włączyć jej ulubioną płytę. Animowany film nosi tytuł „Było sobie życie”, a ja, gdy go włączam zaspana, myślę sobie: co za życie! ;). Pozostaję jednak przy nadziei, że nowe zachcianki mojej córki będą jak ta ospa, wietrzne a nie wieczne. I znikną z naszego życia wraz z najbliższym podmuchem wiatru i oddadzą Jej i mi spokojny sen.

Przy okazji. „Było sobie życie” jest również moim ulubionym filmem edukacyjnym, i chyba to ja cieszyłam się bardziej z tego prezentu od babci, niż sama Laura. Pamiętam siebie z dzieciństwa siedzącą przed ekranem telewizora i zachwycającą się obrazami i muzyką, którą słyszę. Nie pamiętam dokładnie czy ten film był początkiem mojej fascynacji medycyną, ale na pewno się do tego przyczynił.

Film powstał 26 lat temu i wciąż jest aktualny :) – to miłe w czasach, gdy wszystko się tak szybko zmienia. Jest świetnym źródłem informacji dla małych i dużych. Najpierw mały człowiek zachwyca się dźwiękiem i obrazem, później zawartą w nim wiedzą, a taki duży jak ja – genialnymi (pod)tekstami. O piątej rano śmiałam się jak dziecko!

Pamiętacie ten film?


Dodaj komentarz

Walencja non-inclusive, Walencja cz. 3

Nie należę do miłośników wczasów all-inclusive. Nie lubię mieć wszystkiego podanego na tacy, siedzieć w basenie i popijać drinki. Byliśmy z W. w jednej takiej podróży.  Rzecz działa się w Tunezji. Oprócz miejsca wypoczynku zapamiętałam jeszcze tylko hotel, w którym czułam się jak w twierdzy,  oddzielona od tego co mogłoby okazać się ciekawe. I tyle pamiętam z naszej egzotycznej podróży. Powiedzieliśmy sobie wtedy: nigdy więcej trasy wyznaczonej przez jakieś biuro. Nowe miejsca chcę poznawać z bliska. Krążyć ulicami miast, jadać miejscowe potrawy i szukać okazji do rozmów z „tubylcami”, a później opisać to wszystko na blogu i czuć się prawdziwym „podróżnikiem” ;) Iluzja. Wczasy zorganizowane przez biuro, czy też wypad na własną rękę i tak prowadzą dawno utartymi ścieżkami, opisanymi już  w przewodnikach albo blogach. No bo kto będąc w Walencji nie jadł paelii, nie pił orxaty, czy nie zwiedził Miasta Sztuki i Nauki. Wszyscy to robią. ..No nic, ale nie poddaję się i dalej będę kontynuowała moje opowieści o dobrze już znanej i odkrytej Hiszpanii, z nikim nie rywalizując o wrażenia i doznania, czy też status na portalu społecznościowym. Po prostu – byłam, widziałam…to sobie opiszę, jakbym to ja była odkrywcą nowych smaków i miejsc:)

Drugim znakiem firmowym Walencji po festiwalu Las Fallas jest Ciudad De Las Artes Y Las Ciencias – Miasto Sztuki i Nauki projektu Santiago Calatravy, zlokalizowane w starym korycie rzeki Turii, oazie zieleni w środku spalonego słońcem miasta. Projektant nie mógł oderwać się od symboliki tego miejsca – wodę uczynił więc motywem przewodnim projektu, lustrem dla wspaniałej architektury. Kompleks składa się z pięciu głównych budynków, w których znajdują się m.in. największe w Europie oceanarium i delfinarium, kino, planetarium, muzeum XXI wieku, teatry oraz ogród botaniczny. Całość zajmuje obszar 350 tys. metrów kwadratowych. Mieszkańcy ten kawałek Walencji nazywają miastem przyszłości. Dlatego nas, kobiet przyszłości, nie mogło tam zabraknąć .

Największe wrażenie zrobiło na nas oceanarium, gdzie pokaz delfinów wzruszył mnie do łez, a w rekinie po raz pierwszy zobaczyłam troskliwą mamę, a nie tylko drapieżnika.

Na ogarnięcie z dzieckiem tylko tego jednego obiektu potrzebowaliśmy ponad czterech godzin. Zwiedzenie całego miasta przyszłości w jeden dzień jest nie do osiągnięcia. Chyba, że w międzyczasie zrobicie sobie przerwę na paellę czyli ryż z patelni i popijecie ją specjałem Walencji, orzeźwiającym mlecznym napojem o nazwie orxata (lub horchata), wytwarzanym z cibory (Cyperus esculentus), sprowadzonej na teren Hiszpanii przez Maurów. Pijalnie, w których można się napić tego wynalazku nazywa się orxateriami. Po całym dniu zwiedzania mi osobiście ani ryż, ani mleczny napój nie były w stanie postawić na nogi. Siestę najchętniej spędzałam w łóżku lub za kierownicą samochodu. Jeszcze nigdzie tak dobrze nie prowadziło mi się auta jak w Hiszpanii. Oprócz prawidłowych reakcji hiszpańskich kierowców na czerwone i zielone światła sygnalizatorów, żadnych innych reguł w ruchu drogowym nie stwierdziłam. Skręcanie w lewo ze środkowego pasa jest normą, co daje pewną swobodę słabo zorientowanym turystom. Albo klaksony nie są tam obowiązkowe, albo Hiszpanie wyjątkowo spokojni na drodze. Zrobiłam 2100 kilometrów, z czego większość po Walencji i mogłabym tak jeździć i jeździć… gdyby nie Laura z tyłu, która wyznaczała ramy czasowe :)

c.d.n.


2 komentarze

Memento mori

02.00 w nocy. Powinnam spać, ale nie mogę zasnąć. Siedzę i myślę. O zmarłych i żywych…i  o tych jeszcze nienarodzonych. O tych którzy odeszli, o tych którzy są i o tym który się pojawi. Za pierwszymi tęsknie i ich wspominam, za drugich codziennie dziękuję Bogu i modlę się by mnie nigdy nie opuścili…a tego trzeciego wyczekuję z największą radością. I takie jest to życie. Ma swój początek i koniec. Jedni zakończyli już swój ziemski byt, inni są gdzieś w środku, a dla niektórych dopiero się wszystko zacznie.

Łacińska sentencja brzmi Memento mori, czyli „Pamiętaj o śmierci”, a ja był dodała – ale nie zapomnij nigdy o życiu.