Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

Basen w Bracknell

Dziś były zajęcia w podgrupach. Nasze niemowlę zostało z Tatą w domu, a ja zabrałam naszą prawie dwulatkę na basen do Bracknell. Wyprawa ta dostarczyła Laurze moc wrażeń. Po powrocie do domu zastała Jasia leżącego w swoim foteliku. Nachyliła się nad nim i zaczęła zdawać relację: ” Cześć Jasiu. Laura była na basenie. Wiesz? Piwała. Było dużo wody. Dużo ludzi. Duży statek. Piracki. Z mamusią piwałam. Wiesz?”. Uwielbiam tą scenę…ponad wszystko. Ona i On. Ona mówi, On w nią – jak w obraz wpatrzony –  słucha. Tacy potrzebni sobie. Fajnie przeżyć coś nowego, ale jeszcze fajniej mieć komu o tym opowiedzieć.

Polecam dla dwulatki basen i rodzeństwo. Dla rodziców też polecam basen, można odpocząć w nim na chwilę od rodzeństwa;)

Przed chwilą zasnęła. Ostatnie słowo jakie powiedziała przed snem: „statek. piracki.”


2 komentarze

Mam taką pasję

Lubię robić zdjęcia. Mam nawet tak zwaną lustrzankę, co czyni mnie bardziej cool niż jestem w rzeczywistości. Jakby ktoś tak z boku spojrzał na mnie z nią w ręku to mógłby nawet pomyśleć, że jestem inteligentna, wrażliwa na piękno i bystra. No bo to niełatwa sztuka opanować taki sprzęt. Trzeba wiedzieć co wcisnąć i co przekręcić by wyszło zdjęcie takie jak się nam marzy.

Posiadanie takiej lustrzanki do czegoś zobowiązuje. Zobowiązuje do posiadania pod ręką Kogoś kto to ogarnia.

Ja: Kochanie, chcę żeby ten kwiatuszek był tak bardziej z przodu niż inne kwiatuszki. Żeby był taki jakby bardziej wyraźny a te inne takie jakby rozmazane. Rozumiesz?

On: Gotowe. Pstrykaj.

Ja: Pstrykam. Ładnie mi nawet wyszło to zdjęcie, wiesz?!

Tym sposobem zrobiłam kilka zdjęć wiośnie. Tym sposobem zrobiłam wszystkie zdjęcia na tym blogu.

Uprasza się o nie zabieranie mi praw autorskich.

IMGP1134

IMGP1141

IMGP3517

IMGP3515


4 komentarze

Poród w Wielkiej Brytanii

Jak się rodzi po angielsku? Podobnie jak po polsku. Jedyna różnica polega tylko na tym, że w Anglii warunkiem koniecznym by rzecz się działa są: contractions, waters break and pain, a w Polsce: skurcze, odejście wód i ból. A tak poważnie?!

Zacznijmy od początku. Po pierwsze należy mieć plan na to jak chce się rodzić, gdzie i jakie znieczulenie się chce, jeśli w ogóle się chce. Te pobożne życzenia wpisuje się do zeszytu z przebiegiem ciąży (maternity notes) i ma się nadzieję, że się ziszczą, gdy wybije godzina O.

Gdzie można rodzić?

1. W szpitalu:

a) na oddziale położniczym prowadzonym przez położne

b) na oddziale szpitalnym

c) w wannie

2. W domu.

Znieczulenie, do wyboru:

a) gaz (mieszanina tlenu i podtlenku azotu)

b) diamorphine (lek przeciwbólowy z grupy opioidów)

c) epidural (znieczeulenie zewnątrzoponowe)

d) TENS (Transcutaneous electrical nerve stimulation – urządzenie uśmierzające ból za pomocą impulsów elektrycznych)

I można to wszystko dostać, ale rzecz jasna nie trzeba. Wszystko zależy od tego jak się sprawy ułożą. Życie. Więc można sobie wybrać na przykład oddział położniczy, a na nim salę z wanną i na to wszystko dołożyć diamorphine. A dostać w zamian tylko małą salę porodową i urodzić na gazie, no ale przynajmniej na oddziale, który się wcześniej wybrało:)

Na Wyspie by dostać się do szpitala wypada mieć skurcze co 3 minuty i rozwarcie 4 cm.  Należy też pamiętać, że samo odejście wód płodowych nie jest wystarczającym powodem do tego by zagrzać miejsce w szpitalu. Muszą temu towarzyszyć skurcze. Ja miałam skurcze co 3 minuty a wody płodowe odeszły mi na dobre przy rejestracji, dokładnie w momencie gdy padło pytanie: When did your waters break? Odpowiedziałam: right now!:). Nie odesłali mnie z powrotem do domu:)

Rodziłam w Polsce i rodziłam w Anglii. I tu otrzymałam fachową opiekę i tam. Angielski poród jednak wspominam lepiej. Dlaczego? Bo towarzyszył temu większy spokój. Tu jedna położna, młoda dziewczyna, odbierała mój poród. Odpowiedzialna jedna  za wszystko, od początku do końca. Spokojna, opanowana. W Polsce zaś do każdej czynności był przydzielony ktoś inny. Jedna osoba przekłuła worek owodniowy, druga poród odebrała, trzecia zszyła, dwie inne się kręciły. Zamieszanie i chaos.

Po drugie. Pobyt w szpitalu angielskim po porodzie to kwestia tylko kilku lub kilkunastu godzin. W Polsce kilku dni. Mi zaproponowano wyjście po 4 godz., ale na własne życzenie zostałam na noc w szpitalu. Sala na którą trafiłam liczyła 5 łóżek, zajęłam jedno, inne były puste. Było cicho, bardzo cicho. Podano mi dzbanek wody do picia i zaproponowano herbatę. I przez całą noc nikt mi nie przeszkadzał. To był bardzo fajny czas.

Nad ranem dołączyła do mnie inna pacjentka. Nie przeszkadzałyśmy sobie, bo każde łóżko otoczone było zasłoną, która dawała poczucie intymności. Proponowałabym ten mały zabieg przeprowadzić w polskich szpitalach, w tych które jeszcze na to nie wpadły. Kilkudniowy pobyt w polskim szpitalu mnie zmęczył, ten w Anglii nie zdążył. Od momentu rejestracji, do wypisu zajęło mi to 24 godziny.

W tym czasie personel zdążył:

* zbadać dziecko,

* skierować na badanie bioderek (skierowanie dostają dzieci z problemami lub te u których w rodzinie wystąpił kiedyś ten problem)

* podać dziecku witaminę K (zastrzyk domięśniowy)

* zaszczepić przeciwko gruźlicy (szczepienie podaje się tym dzieciom, które mieszkają na terenie  o statystycznie podwyższonym ryzyku zachorowalności, określonym z dokładnością do kodu pocztowego)

* dostać kilka porad na temat karmienia dziecka

Dziecko ze szpitala wychodzi z Red Book, odpowiednikiem naszej książeczki zdrowia. W 4 dobie życia dziecka należy wrócić do szpitala. Dziecko się waży i jeśli odpowiednio przybiera na wadze należy przyjechać następnego dnia na pobranie krwi ze stopy. To jest badanie przesiewowe, aby wykryć choroby genetyczne i dzięki temu zapobiec niebezpiecznym zmianom, które mogą prowadzić do niedorozwoju dziecka jeśli choroba nie zostanie wcześnie wykryta. W Anglii obowiązują badania na fenyloketonurię, niedoczynność tarczycy, mukowiscydozę, niedokrwistość sierpowatokrwinkową i MCADD (rzadką chorobę metaboliczną) oraz choroby specyficzne dla regionu.

W pierwszych tygodniach życia dziecka należy zapisać dziecko do przychodni (GP) i zaprosić do domu health visitor, która sprawdzi słuch noworodka.  

Podsumowując: nie ma się czego bać, trzeba przeć… naprzód! :)


1 komentarz

Życie

Telefon dzwoni albo radośnie albo smutno. Wszystko zależy od tego co ten ktoś po drugiej stronie ma do powiedzenia. Ten telefon nie brzmiał dobrze. Ktoś dobijał się natarczywie. Ja nie odbierałam, więc próbował do W. Tak się nie przekazuje dobrych wiadomości. Intuicja mnie nie zawiodła.

Koleżanka mojej siostry nie żyje. Młoda, piękna dziewczyna, studentka na Erasmusie umiera w hiszpańskim szpitalu. Poznałyśmy się z Kamilą pół roku temu. Uścisk dłoni na przywitanie, uścisk dłoni na pożegnanie, kilka minut przy szklance soku, wymiana kilku zdań. Żadne o śmierci. Bo świeci hiszpańskie słońce, pijemy sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, tłumy ciągną na salsę. O śmierci nie rozmawiamy, bo jesteśmy na to za młode – przecież ona tylko po starych przychodzi.

Jak byłam małą dziewczynką tak było. Umierali dziadkowie, babcie, ciocie i wujkowie wiekowi. Trudno się było z nimi pożegnać, ale ich śmierć można było jakoś wytłumaczyć, zrozumieć. Mówiono: taka kolej rzeczy, rodzimy się, żyjemy, umieramy. Czasami dodawano: swoje zrobili na tym świecie, przyszedł już na nich czas. Można się było z tym pogodzić nawet małej dziewczynce.

W wieku 31 lat mam inne odczucia. Mam wrażenie, że umierają wokół mnie przede wszystkim młodzi. Kamila nie skończy studiów, córeczce znajomych nie było dane przeżyć nawet pierwszej miłości. Znajomy nie zobaczył swojego dziecka, bo narodziło się kilka miesięcy po jego śmierci.  Wszyscy Oni ledwo się urodzili i już umarli. A gdzie to co w środku miało być, to tzw. długie życie. I czy to ważne co było powodem Ich śmierci: toczeń, nowotwór czy powikłania po grypie. Nie ma Ich. A jeszcze wczoraj byli. Planowali, marzyli, żyli. Z Ich śmiercią trudno się pogodzić.

Miał być dziś wesoły post. Pozbierałam się po porodzie, pajęczyny ogarnęłam z grubsza, znalazłam sposób na niemowlaka z kolką i dwulatkę z buntem. Jest duża szansa na to, że nie zwariuję, a nawet na to, że to będzie kolejny piękny rok. Poczułam energię, chęć życia i tworzenia jakiej w życiu nie czułam. O tym miało być i o tym dlaczego kocham tak do szaleństwa ojca moich dzieci.

Nie tym razem. Może jeszcze o tym kiedyś napiszę. Nie dzisiaj. Jest mi smutno.

Idę się przytulić do moich dzieci i szepnąć im do ucha, że będę kochała ich do końca moich dni.
Obojętnie ile mi ich zostało.

Okazuje się, że w dzisiejszych czasach prawdziwym szczęściarzem jest ten kto dożyje spokojnej starości.
Nie wiem jak Wam, ale mi się tam ona marzy.

IMGP3562


1 komentarz

LUZ

napijesz się herbaty?
jest środek nocy. chce Ci się ją robić? poproszę. z cytryną i miodem. Dziękuję Mamuś!

nie wstawaj. teraz ja zmienię mu pieluchę.
naprawdę? Dzięki Mamo!

idź, zdrzemnij się. rzucę na nich okiem ;)
pędzę. Dziękuję Mamo.

gdzie jest odkurzacz? rozprawię się z tą pajęczynę w pokoju i w łazience.
to my mamy pajęczynę? odkurzacz jest w tej szafie w przedpokoju. Dziękuję.

jest 6. pośpij sobie jeszcze. zabiorę Jasia do dużego pokoju. śpij, śpij córeczko.
o Boże jak fajnie. dziękuję. jesteś Aniołem Mamo!

upiekę ciasto.
sernik poproszę. Thanks

wyjdę z nią na spacer.
to ja zostanę. przeczytam. napiszę. obejrzę. może wszystko naraz:) dzięki Mamo!

DZIĘKUJĘ MAMUŚ. za tydzień w piżamie. za to, że nie musiałam udawać, że sobie radzę, podczas gdy sobie nie radzę. ściemniać, że perfekcyjna ze mnie pani domu. za to, że mogłam choć przez chwilkę znów być tą niezaradną, wymagającą opieki i pomocy Twoją małą córeczką. przez te dni byłam Justynką. byłam na luzie.

IMGP9744

i za to, że tak bardzo kochasz te swoje wnuki

a jutro? na skypie. na telefonie. jak co dzień.