Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

babski wypad

Zanim zamieszka z nami kolejny Mały Człowiek i potraktuje nas kolejną dawką testosteronu minie, jak zakładam, jeszcze kilkanaście tygodni. Korzystając z okazji, że brzuch nie ciąży, a moje piersi nie są jeszcze przywiązane do małego ssaka, wyrywam się z domu. Wyspę na kilka dni postanawiam zamienić na Ląd. Zabieram na tę wyprawę tylko Laurę, niech to będzie babski wypad. Lubimy naszych chłopaków, ale wychodzimy z założenia, że zajęcia w podgrupach od czasu do czasu są koniecznością. Takie chwile we dwie dostarczają nam innych wrażeń i zacieśniają jeszcze bardziej między nami więzy.

A tu dokąd się wybieramy znam każdy kąt, bo tu przez długi czas był mój dom. I nie tylko z przyzwyczajenia, nie z konieczności, ale z miłości do tego miejsca, a przede wszystkim do ludzi tu przyjeżdżamy, tak często jak tylko się da. Choćby na kilka dni. Jestem już cała głupia na myśl o… obiedzie u jednych i drugich Rodziców, kawie na mieście z kobietami mojego życia (czytaj: przyjaciółkami),  wizycie w Koperniku (jeśli nie po to, by coś kupić, to koniecznie po to by się sztachnąć zapachem pierników). Seans w kinie, wizyta w Teatrze Baj Pomorski, zakupy w sklepie Urwis (tu można kupić naprawdę porządne buty dla dzieci) i hamburger od Chudego Byka także wpisują się w mój plan :)

Hej przygodo!

i jeszcze jedno, marzy mi się usłyszeć bicie kościelnych dzwonów. Naprawdę.

Toruń

 


Dodaj komentarz

w chowanego

No dobra. To robimy tak. Odwracam się, liczę do dziesięciu a Wy w międzyczasie się chowacie.

1,2,3,4,5,6,7,8,9,10. Szukam!

Odwracam się. Na środku pokoju stoi nieruchomo Jaś (1 rok i 9 miesięcy), oczy ma zasłonięte rączkami. Z pokoju obok dobiega głos Laury (trzyipółlatki): mamo schowałam się za drzwiami, ciekawe czy mnie znajdziesz!

Ciekawe?!

Chodzę po całym domu i Ich szukam. Pod łóżkiem, w szafie, w łazience, w sypiali, w kuchni. No nie ma!– krzyczę – gdzie Oni się podziali?. A Oni śmieją się wniebogłosy. Po dłuższej chwili poddaję się. Powoli wychodzą ze swoich kryjówek. Jaś odsłania oczy, Laura wyskakuje zza drzwi i podsumowuje: widzisz mama, to nie taka łatwa sprawa nas znaleźć! Teraz Ty się chowasz, a my szukamy. Gdzie się schowasz?

Za zasłonką będę – odpowiadam.

1,2,3,4,5,6,7,8,9,10. Szukamy! … Gdzie ta mama mogła się schować? Masz pojecie Jasiu, bratu mały!

Ne – odpowiada Jaś.

Na zdjęciu Jaś i Tata, któremu też się tylko wydaje, że się schował ;)


1 komentarz

lubię Go!

Za to Jego przywiązanie do kraju, w którym się urodził i wychował. Za to, że nawet na chwilę nie przestało interesować Go to co Tam się dzieje. Za te wszystkie polskie gazety, które zaprenumerował, by być na bieżąco. Za to, że myśli jak inwestować w Polsce. Za to, że do naszych dzieci nie mówi: uczcie się języków tylko: uczcie się polskiego. Mówię do Niego: super gadasz po angielsku, co prawda z silnym akcentem polskim, ale świetnie , więc – ucz dzieciaki. A On mi na to, że angielskiego od Anglików się nauczą. Mówi, bawmy się tu dobrze, uczmy się nowych rzeczy od nowych ludzi, obserwujmy, zapamiętujmy, opisujmy – może coś z czasem uda się nam wykorzystać Tam po powrocie.

Kiedy wszyscy gadali, że po studiach to w tej Polsce tylko na kasę w supermarkecie, On nie zabierał głosu, tylko się uczył. A potem  zaczął  swoja karierę od sprzedawania telefonów komórkowych w komisie. Mówili: a nie mówiliśmy! On nie narzekał i głosu wciąż nie zabierał. Później bez znajomości jedna praca, druga, trzecia. Coraz to nowe stanowiska, za każdym razem zupełnie inne pieniądze. Aż przestał pracy szukać, to praca szuka Jego. Wyjechał tu, ale wcześniej udowodnił sobie (bo innym nigdy się nie starał), że Tam też można.

I nie boi się powrotu do Polski. Jeśli nawet nikt Go nie zechce, to sam coś wymyśli. Bo jak zwykł mówić do Laury: Córeczko nie możemy być tylko konsumentami, musimy być także wynalazcami.

I wie, że najfajniejsza emigracja to ta z wyboru, a nie z przymusu.
Rok temu brał udział w Marszu Niepodległości w Warszawie… bo jak twierdzi lubi pomaszerować na świeżym powietrzu ;)  W tym roku Mu się nie udało.

Mówię do Niego: związany jesteś z tą Polską?  A On do mnie: Związany to jestem przede wszystkim z Wami.

… I za to lubię Go najbardziej.


2 komentarze

kobieta

Stoję przed lustrem. Po mojej lewej Laura (3.5 roku), po mojej prawej Jaś (rok i 9 miesięcy ). Głowy mają zadarte do góry. Oczy szeroko otwarte. Ona przygotowana na to co za chwilę nastąpi, On o niczym jeszcze nie ma pojęcia. No nic, zaczynamy, bo czas leci.

Zdejmuję okulary. Soczewka w jedno oko, soczewka w drugie. Puder na całą twarz. Róż specjalny – to tu, to tam, żeby dał złudzenie, że twarz symetryczna. Teraz oko jedno, potem drugie, każde tak samo. Z jednej strony jaśniejsze, z drugiej strony ciemniejsze, żeby było wrażenie, że jest duuuuuuże.

Tusz, obowiązkowo tusz. I pomadka.

Zmieniona. Gotowa.

On matki nie poznaje, wydaje z siebie dźwięk – coś na kształt: wow!

Ona mówi: teraz moja kolej.

On już żadnej kobiecie nie zaufa.

Ona od tej pory każdego mężczyznę będzie próbowała oszukać.

Za chwilę wróci z pracy Mąż i powie, że nie musimy się  malować, bo jesteśmy piękne.

Lubię jak tak mówi. Ale że maluję się przede wszystkim dla siebie, to pędzla nie odłożę.

Macierzyństwo odebrało mi obcasy. W zamian dało kilogramów. O pierwsze jeszcze zawalczę, drugiego się pozbędę.

Sukienek, szminek, biżuterii – nie oddam.

I wierzę, że każda okazja jest dobra by pomalować usta na czerwono.

I celebrować bycie kobietą.

Kocham nią być.

IMGP7411IMGP7395 IMGP7435 IMGP7456IMGP7392

 

 


3 komentarze

klan

Nie dzisiaj, ale dwa dni temu. Pcham wózek pod górkę z dwójką Małych Ludzi na pokładzie. Niby mali, ale razem ważą niemało. Normalnie jedno z Nich wysiada i idzie na własnych nogach, ale że jednemu i drugiemu się zasnęło tuż u podnóża górki to żal mi Ich budzić. Pomyślałam, że małymi kroczkami to ja dam radę, nawet w 24 tygodniu ciąży. Poza tym od trzech lat pokonuję tę górkę przynajmniej dwa razy dziennie, więc jestem wprawiona.

W połowie górki niestety robi się jakoś dziwnie ciężko. Pęka jedna z opon. Teraz to już mi się zdaje, że nie wózek pcham tylko jakiś wielki głaz, który przed wierzchołkiem chce się wymknąć z rąk. Przypominam teraz bardziej Syzyfa niż matkę na wychowawczym. Próbuję zebrać siły by się nie stoczyć. Wsparcia w żywych nie znajduję bo żadnej żywej duszy w okolicy nie widać, więc myślami ściągam zmarłych. Babcię Kazię wołam na ratunek, myślę sobie, że skoro dziesięcioro dzieci dała radę urodzić i wychować to na pewno i mi z tą moją dwójką pomoże.

Udaje się. Jak zawsze niezawodna. Babcię kanonizuję i dołączam do grona swoich świętych. Nie tylko za to, że jest zawsze ku pomocy, ale za to, że dała życie tylu ludziom i stworzyła z dziadkiem tak liczną rodzinę.

Kiedyś się zapytałam mojego Taty:  jak to było żyć w tak dużej rodzinie? Odpowiedział: jak goście niezapowiedziani przyjeżdżali to ojciec wołał: matka dolej wody do zupy!

I nigdy nie wiedziałam czy żartował sobie, czy prawdę mówił. Dopóki nie zobaczyłam jak wrzątku do rosołu dolewa na widok ciotki  zmierzającej do naszych drzwi. I tyle. I więcej nie opowiadał. I ja go teraz rozumiem. Bo jaki okoń koń jest to każdy widzi.

…a w takiej rodzinie gdzie Ich było dziesięcioro, nas jest ponad trzydzieścioro a naszych dzieci już teraz grubo ponad dwadzieścioro. I rachubę już tracisz czy jesteś kuzynką kogoś, a może już ciocią, choć dziwne bo lat macie tyle samo. Jak najstarsza kuzynka rodziła swoją córkę, to ciocia od tego siódmego z kolei niedawno co urodziła dopiero swoje trzecie dziecko.

I gdy żyła jeszcze babcia, to spotkań na wsi było wiele i dzieci zawsze przyjeżdżało tam dużo.

…siedzieliśmy przy stole na zmiany, kto podniósł tyłek na moment z krzesła, ten mógł być pewien, że ktoś go za chwilę podsiądzie. Awantur nie było z tego powodu, bo zawsze jakaś ciotka lub wujek wzięli na kolano i ziemniaków, i mięsa nałożyli.

A później pytali, a ty od kogo jesteś? i mówiło się imię swoje i imię ojca lub matki, na przykład: Justyna od Mariana, Sandra od Basi, ale nie mylić z Sarą bo ta już od Grażyny. I nikt się o to nie gniewał, że najbliższa rodzina cię z imienia nie zna choć z twarzy poznaje.

Gdy się wszyscy spotykaliśmy to było tak głośno, że nie było można myśli swoich usłyszeć. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Drzwi się nie zamykały. Nie przeszkadzały mi te przeciągi. To zamieszanie.  Uwielbiałam to.

… ale dlaczego dziś o tym piszę. Ano dlatego, że dziś jest i moich dziadków święto.

I gdyby nie Oni to nas by nie było.

IMGP0366