Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

dawno, dawno temu…

… za górami, za lasami, za siedmioma morzami… była nasza młodość, ta beztroska młodość. Mierzona przegadanymi dniami, przetańczonymi/przespanymi nocami, przemierzonymi kilometrami, przeczytanymi książkami. Wracam do niej myślami w godzinach kryzysu i…  czerpię energię.

Dziś zapowiadało się trudne popołudnie, nie miałam pomysłu jak rozbawić troje ludzi poniżej pięciu lat każde. Chwilę pomyślałam – Eureka! Zabiorę Was Dzieciaki ze sobą w sentymentalną podróż. Ja Wam pokażę, że przed pojawieniem się Was na świecie też było życie. I to jakie!

Włączyłam płytę zatytułowaną „Wesele B.i Ł.” i podkręciłam głośność. Przenieśliśmy się w czasie jakieś dziesięć lat do tyłu. Nie pamiętam imprezy, na której więcej tańczyliśmy i lepiej się bawiliśmy niż na tym weselu naszych przyjaciół. To nie było normalne wesele, to było wesele nad weselami, to było prawdziwe weselicho. Wzięłam niemowlaka na rękę i odtańczyłam kilka kawałków. Starsza dwójka miała za zadanie odnaleźć na ekranie tańczących nas – rodziców. Po obejrzeniu całego wesela stwierdzili jednogłośnie… „Was tam nie było”.

:(

No tak! Powinnam była zacząć tę bajkę od słów:

Dawno, dawno temu… jakieś dziewięć kilogramów temu, na chwilę przed zdiagnozowaniem pierwszych dioptrii, na długo przed chondromalacją rzepki i pierwszymi siwymi włosami…

… było sobie życie Waszych Rodziców.

 

I żyli sobie długo i szczęśliwie ;).

 

 

 

 

 

 


2 komentarze

mater vulgaris

Nie wiem jak się nazywa ta choroba. I nie mam pojęcia jak się ją leczy. Zamierzam jednak opowiedzieć Wam o niej co nieco. Nigdy nie wiadomo, może Internety mi podpowiedzą jak sobie z nią radzić. A nuż po drugiej stronie ekranu ktoś z Was jest lekarzem i postawi diagnozę. A jeśli nie na specjalistę… to może trafię chociaż na kogoś z podobnymi objawami. Każda Wasza rada i wskazówka jest na wagę złota. Pamiętajcie!

Kilka ataków tej choroby, raport tylko z jedego dnia:

Idę na piętro po coś, przy okazji zabieram wszystkie rzeczy z dołu, które powinny być na górze.
Muszę zrobić sobie coś do zjedzenia, przy okazji myję wszystkie naczynia w zlewie, ogarniam blaty, wyrzucam śmieci.
Zanim usiądę załatwić sprawy fizjologiczne, zawsze jakiś zlew lub wanna upomni się o mycie.
Idę  zrobić kawę, po drodze zbieram rzeczy do prania. Przy okazji gotowania wody włączam pralkę.
Tym razem nie po drodze, ale gdy leżę na podłodze z okazji ćwiczeń –  zbieram okruchy i Ich zabawki.

I gdyby na tym był koniec, to jeszcze byłoby to choróbstwo do zniesienia.

Źle robi się dopiero wtedy, gdy z tego wszystkiego: zapominam po co szłam, nic nie zjadłam, kawy się nie napiłam. Z tym siku to tylko mi się chyba wydawało, a ćwiczenia może jutro dokończę.

Albo kiedyś tam.  Przy okazji.

Pierwsze objawy zauważyłam jakieś niecale pięć lat temu.

Co(Kto) to może być do cholery?!

 


Dodaj komentarz

… miłości!

„Wspólne spacery, obiady i czytanie gazet. Wspólna fizjologia, te same choroby, ten sam  zapach ciała, jednaki rytm oddechu.

Teraz piętnuje się takie związki. Nie można wchodzić sobie na głowę, to czysta toksyka, nawet w amoku miłosnym nie wolno tłumić potrzeb drugiego człowieka, najbardziej kochająca się para musi dbać o margines – i to spory margines – wolności etc., etc.

Otóż albo jesteśmy parą, albo nie. Jak jesteśmy, to nie tylko włazimy sobie na głowę, ale też na ramiona, piersi, tułów, ręce, nogi, płuca, nerki, serce, też na flaki, mózg, ślepą kiszkę. Do zesrania, uduszenia, utraty wszystkiego – swoistości, indywidualności i wolności zwłaszcza. Nie ma dystansu, respektu i innych klęsk – jest wzajemne pożeranie siebie. Jeśli szczerze kochasz, w zasadzie cię nie ma. Twoje ciało po katastrofie, którą jakimś cudem przeżyłeś, zmieszane z jej szczątkami – co jest czyje? Twoja dusza z tamtą połączona nie zna dokładnie swoich granic. Konieczny nie tylko dwuosobowy sedes, ale i trumna. Prawdziwa miłość ma wysoka temperaturę i z lekka  cuchnie rozkładem. Prawdziwa miłość to szaleństwo – para  szaleńców pielęgnujących niezależność? Ani szaleństwa, ani miłości, ani niezależności. „O każdej dobie będę ja przy tobie” oto dewiza tych, co po staremu wierzą w niezapomnianą utratę zmysłów, rozumu i przytomności. Albo miłość, albo wolność.”

Usiadłam przed klawiaturą z zamiarem wystukania na niej  noworocznych życzeń dla Was. Chciałam Wam życzyć byście w 2016 roku żyli odważnie(j). Żebyście sięgneli gwiazd, jeśli tylko macie na nie ochotę. Żebyście cieszyli się zdrowiem swoim i Waszych bliskich.

… I miałam iść spać.

Ale po drodzę do sypialni mój wzrok napotkał książkę Jerzego Pilcha „Zuza albo czas oddalenia”. Dostałam ją w prezencie urodzinowym. Zaczełąm czytać i natrafiłam na fragment, który Wam zacytowałam.

I w związku z nim chciałam Wam jeszcze coś „dożyczyć”. Chciałam Wam życzyć miłości, takiej, przy której nie będzie się Wam marzyła wolność.

Najlepszego!