Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

gniazdko

Kiedy czytam dzieciom książkę i dochodzę do ostatniej strony, a ta kończy się zdaniem:… „I żyli długo i szczęśliwie”, to wierzcie mi, że mam ochotę cisnąć ją w kąt. Budzi się we mnie jakaś L-mamafulltime, a ten izomer ma znacznie mniej przyjazną twarz od mojej prawoskrętnej odmiany. Nieprawdopodobne ile w życiu zależy od światła.

Dlatego pozwólcie, że naświetlę Wam tę historię bardziej.

To nie jest tak, że ja w to długie i szczęśliwe życie nie wierzę. Wręcz przeciwnie. Mnie po prostu od zawsze to życie razem bardziej interesowało niż ten wstęp do niego. W skrócie: najbardziej w bajkach interesowałoby mnie to o czym autor zdecydował się nie pisać.

Dlatego ten rodzaj literatury nie przypadł mi do gustu.

Poza tym ja mam jakąś wewnętrzną alergię na królewiczów, od dziecka. Jeszcze jak byłam młodą dziewczyną ilekroć podjeżdżał pod mój dom jegomość na białym koniu, odzywał się we mnie instynkt samozachowawczy, który nakazywał uciekać. Ja po prostu średnio pasuję do pałaców, złoty to nie mój kolor. Słaba ze mnie byłaby księżniczka.

Już dawno zdecydowałam się porzucić bajki raz na zawsze.

Weszłam pomiędzy wirtualne półki internetowych księgarń i wyszłam z (nie)bajkami.

Jedną z nich jest książka Justyny Bednarek o tytule „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)”.

Książka opisuje dzieje skarpetek, które zaginęły w czasie prania. Moje Pięcioletnie dziecko uwielbia tę książkę. Ja również. Szczególnie opowieść o skarpetce ósmej, fragment zacytuję:

– Cały dzień cię nie ma, latasz gdzieś tylko, a ja nie mam do kogo dzioba otworzyć!

– Jesteś po prostu niesprawiedliwa, moja droga. Czy musisz się uganiać za robakami? Nie! A za myszami? Też nie! Tymczasem, czy deszcz, czy upał, ja ci to wszystko przynoszę do dzióbka. Jaśnie pani tylko siedzi w komforcie i marudzi!

– W komforcie?! W komforcie?! Nie bądź śmieszny! Popatrz na tę wielką dziurę w gnieździe, przez którą wpada wiatr i chłodzi mi jaja! Co ja wysiedzę, wygrzeję, to on zaraz zawieje i wymrozi! Ładny mi komfort!

– To może usadź swój gruby kuper ma dziurze, a wiatr nie będzie przez nią wpadał!

Ej, bo jak cię dziobnę, to zobaczysz! Ja, gruby kuper? Może się sam przejrzyj w kałuży, co! Też coś! Gruby kuper! Żebyś wiedział, że jak latasz sobie po świecie, to przylatują tu do mnie różne wrony i gdybym tylko chciała, bez trudu znalazłabym sobie sympatyczniejszego męża!

– No już, nie bocz się, moja kochana… Wiesz przecież, że w całym buczynowym lesie nie ma piękniejszej wrony od ciebie!

– Gruby kuper!

– No, najdroższa, zaraz polecę i przyniosę trochę liści, żeby uszczelnić nasze gniazdko!

– Gruby kuper, też coś!

(…)

I to jest lektura dla mnie. Życie w niej opisane. Jakieś wnioski można wysnuć. Z opowieści dowiadujemy się, że zarówno Pan Wrona jaki i Pani Wrona ideałami nie są. Ale to bardzo kochająca się para. „Pan Wrona dla Pani Wrony dałby się oskubać, ona dla niego obleciałaby całą Ziemię dookoła”. Wiemy, że wiją gniazdko, że o swoje jajka dbają jak potrafią. Zauważamy, że i dystans do siebie mają, i humor ich nie opuszcza… Możemy wysnuć wniosek, że póki mają siebie, to jest tak jakby mieli wszystko. Jedyne co muszą to tylko dopilnować, żeby kruków nie wpuścić pomiędzy siebie…

Jak dla mnie (nie)bajka.

Powiedźcie sami, czy to nie jest ciekawsza opowieść niż ta z jakich stron Pan Wrona przyleciał, i skąd Panią Wronę wyrwał.


Dodaj komentarz

ekskluzywny prezent

Świętem Trzech Króli zawsze kończymy okres radosnego świętowania. Radośni pozostajemy, ale już mało świąteczni, za to bardzo zwyczajni. Trzymając się tonu, który sobie narzuciłam w 2013, podobnie spróbuję opisać te Święta Bożego Narodzenia AD 2016.

W Święta.

Choinka. Weszła drzwiami, w towarzystwie radosnych okrzyków. „Mamo, Mamo… niosą ją!”, „Witamy cię choinko”, „Jaka jesteś piękna”, „Będzie ci u nas dobrze”. Wyszła oknem, ale też skandowano na jej cześć: „żegnaj choinko”, „będziemy tęsknić”, „za rok wrócisz,nie?”

Choinka była żywa. Żywiła się cukierkami, które na niej zawiesiliśmy i żwawo się ruszała, bombki zmieniały miejsce na niej średnio kilka razy na dziennie.

Pierogi z grzybami  przyćmiły inne wigilijne potrawy. Nie pamiętam, żeby coś innego serwowano.

Pierwszego dnia świąt na stole po raz pierwszy pojawił się indyk, a przy stole niezwykle miły Irlandczyk. Obydwaj bardzo przypadli nam do gustu.

Jak co roku grałam kolędy na pianinie, niepotrzebnie tylko w tym roku śpiewałam.

Gwiazdor w nocy zjadł ciasteczka, renifer marchewkę… nie mamy pojęcia, którędy, kiedy i jak się dostali do domu.

Śniegu nikt nie widział, za to deszcz wszyscy.

 

imgp6030imgp5985 imgp5960 imgp5921 imgp6039 imgp5961 imgp6044 imgp5726-001imgp6141 imgp6226 imgp6245 imgp6260imgp5979imgp6542Najlepszym prezentem w te Święta była jednak wizyta Dziadków.

O miłości dzieci do dziadków napisała kilka dni temu na swoim blogu Kasia, napisała tak pięknie, że pozwolę sobie Ją zacytować. Może nie będzie miła mi tego za złe.

… To taka bolączka wszystkich emigrantów, że wizyty dziadków to ekskluzywny prezent, który tylko od czasu do czasu i ceni się go jak skarb, bo nigdy nie wiadomo kiedy znowu.

My nie mamy rodziców do pomocy na co dzień, nie mamy tej mamy czy taty, do którego możemy na chwilę podskoczyć w drodze do dentysty. Dziadek nie przyjdzie na kawę, nie posiedzi, gdy trzeba wyjść do lekarza. Babcia nie wpadnie z miską pierogów, nie zabierze na spacer, nie odbierze ze szkoły, gdy nam coś wypadnie. Nie przyleci na skrzydłach nad ranem, gdy gorączka, choroba lub leń. Nie podzieli się doświadczeniem, nie odciąży, nie będzie obok.

Mamy za to, do perfekcji opanowany system połączeń międzynarodowych, umiejętność wyszukiwania najtańszych połączeń lotniczych do Polski i wyjątkową czujność na telefony i wiadomości z kraju. Mamy cierpliwość i determinację, którą odmierzamy długość pasa startowego na wszystkich polskich lotniskach i pojemność baku paliwa, który starczy do samego domu (…)

(…) Pokonujemy rocznie tysiące kilometrów, nie straszne są nam mgły, silne wiatry, turbulencje i opóźnienia lotów. Znamy każdą dziurę na polskich drogach, wiemy, w jakim okresie jest najmniej korków i gdzie omijać kontrole drogowe. Na trasach do Polski znamy wszystkie najlepsze noclegi oraz miejsca gdzie można wypić mocną kawę przed podróżą w nocy. Umiemy się pakować w tempie ekspresowym, mieszcząc w małej walizce trzydzieści kilo. A to wszystko po to, aby zobaczyć babcię.

Opowiem Wam o miłości na odległość, o tej, o której nie mówi się za wiele. O miłości dziadków do wnuków, które mieszkają czterysta mil od nich. O tym polskim pokoju pustym, w którym zabawki czekają w pudełkach, pościel i poduszki złożone, wyprane. O tym domu, gdzie nie słychać tupotu małych nóżek na co dzień, w którym wnuki nie rozlewają mleka na dywan, nie rysują kredkami po ścianach, nie płaczą w gniewie, tupiąc nogą mocno, mocniej. Opowiem Wam o babci, która czeka po drugiej stronie monitora i macha z daleka przez ekran, uśmiechając się do kamery. O dziadku, który chodzi na pocztę z paczkami dla wnusi, który drukuje zdjęcia wnuka i wiesza na ścianach swojej sypialni (…)

(…) Opowiem Wam o miłości, która przezwycięża strach latania, bariery językowe i wstyd przed nierozumieniem i obcością. Jest większa niż zmęczenie po wielogodzinnej podróży, ciągnącym się czekaniu w kolejce na odprawę. Nie straszna jest jej ostatnia złotówka wydana na pociąg na lotnisko i sucha bułka zjedzona w spoconym samochodzie czy busie do celu. To taka miłość na odległość, o której się nie mówi za wiele, taka miłość wpisana w posiadanie dzieci na emigracji.

Nigdy nie pytałam moich rodziców jak to jest i nie wiem czy wiem. Ale chyba wiem…”

Cytat pochodzi z bloga Mama w UK. Szczerze kibicuję Kasi. Mądre teksty wychodzą spod Jej pióra…