Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


2 komentarze

emigracja

Mało ostatnio piszę, kiedyś pisałam znacznie częściej. Ostatnio nawet moja koleżanka groziła mi w sklepie, że kopnie mnie w tyłek (albo jakoś tak) jeśli nie wrócę do blogowania. Chcąc uniknąć Jej ciosów poniżej mojego pasa, odpowiednio zmotywowana, postanowiłam wrócić do nawyku pisania, które nota bene sprawia mi wiele przyjemności.

Zajrzałam na panel administracyjny bloga a tam, w zakładce szkice, ponad trzydzieści  wpisów, które kiedyś napisałam, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je opublikować. Do dziś. Postanowiłam, że każdy jeden z nich ujrzy światło dzienne i trafi do zakładki „opublikowane”. Oto pierwszy z nich.

Kilka lat temu lecieliśmy na Święta Bożego Narodzenia do Polski. Nasza córka zaczęła biegać po terminalu i usiadła na krześle obok jakiegoś młodego chłopaka. Pobiegłam za nią, usiadłam obok nich. Mężczyzna zapytał mnie ile córka ma lat. Odpowiedziałam. I tak zaczęła się nasza rozmowa.

Mówił mi o tym jak ciężko musiał pracować, żeby uzbierać pieniądze na ten świąteczny lot. Jak wcześnie musiał wstać by dojechać na to lotnisko w Anglii, mówił o tym jaka jeszcze długa droga przed nim po wylądowaniu w Polsce.

Dojadę późno w nocy. Następnego dnia usiądę do kolacji wigilijnej i zaraz potem będę musiał udać się w powrotną podróż. Bo wie pani, tak się złożyło w tym roku, że nie dostałem urlopu.

Ale to nic – dodał.

W moim rodzinnym domu nie zawsze dobrze się działo, i nie na wszystko było nas stać, ale Święta Bożego Narodzenia były zawsze wyjątkowe. I chce mi się tam być. Jeden dzień tam pobędę, ale wiem, że da mi to energię na cały kolejny rok.

Coś pani jeszcze powiem. Nie jest mi wcale dobrze w tej Anglii, ale fajnie, że mogłem pozwolić sobie na to by kupić wszystkim dzieciom pod choinkę po maskotce. 

Po czym otworzył plecak. W plecaku żadnych osobistych rzeczy, tylko kilkanaście pluszaków.

Proszę, a ten jeden jest dla Was. Wesołych Świąt.

 


4 komentarze

zwykłe ciasto

Chcieli żebym upiekła ciasto. Często chcą. Coraz częściej. Nie zawsze mi się chce. Właściwie coraz częściej mi się nie chce.

Poza tym średnio mi to całe pieczenie wychodzi. Na szczęście Im to nie przeszkadza, zakalec i to, że niewyrośnięte – nie uwiera. Mówią, że moje ciasta i tak są najlepsze. Stoją, trzy pary oczu wpatrzone we mnie, i skandują na całe gardło: Chce-my cia-sto, chce-my cia-sto! Gdy pada hasło: Ok, ok! Już dobrze, pieczemy!… odwracają się na pięcie i biegną do pokoju. Za chwilę ciągną do kuchni krzesła, bo są jeszcze na tyle małe, że nie mogą dosięgnąć blatu (i podnieść krzeseł). Później walka o miskę, o to co kto robi, jak pomaga.

Mąka fruwa, jajka nie trafiają do miski, spływają gdzieś pomiędzy szafki, dadzą o sobie znać za kilka dni. Przepis nie ma żadnego znaczenia. Cukier ukradkiem wyjadają z torebki, oblizują wszystkie łyżki. Cała kuchnia się klei.

Później jeszcze siedzą przy piekarniku i wpatrują się w tę szybę, czy już rośnie, czy już gotowe.

Kiedy w końcu wyciągam gotowy wypiek to biegają i krzyczą: Już jest! Już jest! Gdy mówię, że muszą jeszcze chwilę poczekać by ostygło, krzyczą, że gorące jest najlepsze.

Później siadają do stołu. Oczy Im się smieją i buzie się śmieją. I mlaszczą, strasznie mlaszczą przy jedzeniu. Nie mogę się zająć swoim kawałkiem ciasta, bo trudno od Nich oczy oderwać.

Jak tak patrzę na Nich to się zastanawiam, jak zapamiętają ten dom rodziny, czy będzie to w Ich głowie miłe i bezpieczne schronienie?

Czy zapamiętają zapach tego ciasta?