Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

Mamo

Dziękuję,

że mnie urodziłaś, pomimo małego metrażu  i innego w tamtym czasie planu na życie,

za uśmiech na Twojej twarzy ,

za Twój spokojny głos,

za Twoją życiową mądrość,

za moje rodzeństwo.

Za to, że umiałaś, kiedy nadszedł taki czas, kochać za dwoje,

za wspólny pacierz przy łóżku,

za to, że umiałaś zaklinać nie zawsze łatwą rzeczywistość.

Za możliwość własnego wyboru,

koloru ścian w pokoju, ubrania, przyjaciół, zajęć pozalekcyjnych, szkół, studiów,

za możliwość wyboru męża, za to, że mógł być mężczyzną z krwi i kości, a nie musiał być księciem z bajki,

że nie suszyłaś mi głowy o ślub, jak to robili inni.

Za te, że kłamałaś, że poród nie boli.

Za to, że nie protestowałaś jak postanowiłam wyemigrować z kraju,

że umiesz za każdym razem powstrzymać łzy, gdy wyjeżdżam.

Za zaufanie, którym mnie zawsze darzyłaś, przez co nigdy nie musiałam się buntować.

Za swój mały własny świat.

Poza tym,

za to, że napisałaś list do dyrektora MZK by anulował mi mandat, po tym jak zapomniałam skasować bilety za połowę klasy.

Za schludny i czysty dom, zawsze pięknie ozdobiony na święta,

za lalkę, którą wyciągnęłaś z górnej szafki, gdy chorowałam,

za to, że nie opuściłaś żadnego mojego przedstawienia.

Za możliwość pracy w wieku 15 lat.

Za to, że powiedziałaś, że nigdy moich kredytów spłacać nie będziesz.

Za miłość do moich dzieci.

Za to, że póki tego potrzebowałam byłaś blisko, a później puściłaś wolno.

To, że czuję się szczęśliwym, odważnym i wolnym człowiekiem

to w dużej mierze Twoja zasługa.

 

Dziękuję za zwykłe dni,

wszystkie drobnostki.

Za niezwykłą miłość.

Odwdzięczyć Ci się za wszystko nie sposób,

Jedyne co mogę to przekazać tę miłość dalej swoim dzieciom.

 

 

 

 

 


4 komentarze

zwykłe ciasto

Chcieli żebym upiekła ciasto. Często chcą. Coraz częściej. Nie zawsze mi się chce. Właściwie coraz częściej mi się nie chce.

Poza tym średnio mi to całe pieczenie wychodzi. Na szczęście Im to nie przeszkadza, zakalec i to, że niewyrośnięte – nie uwiera. Mówią, że moje ciasta i tak są najlepsze. Stoją, trzy pary oczu wpatrzone we mnie, i skandują na całe gardło: Chce-my cia-sto, chce-my cia-sto! Gdy pada hasło: Ok, ok! Już dobrze, pieczemy!… odwracają się na pięcie i biegną do pokoju. Za chwilę ciągną do kuchni krzesła, bo są jeszcze na tyle małe, że nie mogą dosięgnąć blatu (i podnieść krzeseł). Później walka o miskę, o to co kto robi, jak pomaga.

Mąka fruwa, jajka nie trafiają do miski, spływają gdzieś pomiędzy szafki, dadzą o sobie znać za kilka dni. Przepis nie ma żadnego znaczenia. Cukier ukradkiem wyjadają z torebki, oblizują wszystkie łyżki. Cała kuchnia się klei.

Później jeszcze siedzą przy piekarniku i wpatrują się w tę szybę, czy już rośnie, czy już gotowe.

Kiedy w końcu wyciągam gotowy wypiek to biegają i krzyczą: Już jest! Już jest! Gdy mówię, że muszą jeszcze chwilę poczekać by ostygło, krzyczą, że gorące jest najlepsze.

Później siadają do stołu. Oczy Im się smieją i buzie się śmieją. I mlaszczą, strasznie mlaszczą przy jedzeniu. Nie mogę się zająć swoim kawałkiem ciasta, bo trudno od Nich oczy oderwać.

Jak tak patrzę na Nich to się zastanawiam, jak zapamiętają ten dom rodziny, czy będzie to w Ich głowie miłe i bezpieczne schronienie?

Czy zapamiętają zapach tego ciasta?

 

 

 


Dodaj komentarz

dasz sobie radę

Mam ich Troje.
imgp4383
Jedno o sokolim oku. Genialny obserwator świata. Człowiek, któremu nikt i nic nie wymknie się spod kontroli. Drugie z wyjątkowo wyostrzonym zmysłem węchu. Wszystko co zje musi najpierw powąchać, po zapachu jest w stanie wiele rozpoznać. Trzecie dziecko całe jest muzyką. O słuchu niemal doskonałym.

Z jednym możesz pomilczeć, położyć się na łące, patrzeć w niebo i nie robić nic. Drugiemu buzia się nie zamyka. Trzecie potrafi pięknie słuchać.

Jedne szczere do bólu. Drugie dyplomata. Trzecie – to się jeszcze okaże.

Jedno lubi jak mu czytam do snu. Drugie jak pogłaszczę. Trzecie – jak dam święty spokój.

Jedno z nich mówi: „Kocham Cię”. Drugie tylko „Cię”. Trzecie o kochaniu nie mówi w ogóle, za to kwiaty, kwiatki, płatki, chwasty, gałązki i szyszki znosi, i mówi: dla Ciebie Mamusiu, Tatusiu.

Jedno lubi arbuza. Drugie nie znosi. Trzecie na arbuza mówi melon.

Jedno nosi szalik. Drugie na jego widok ucieka. Trzecie negocjuje.

Które kocham najbardziej? Ale powiedz tak szczerze. Nie raz i nie dwa padło takie pytanie.

Zupełnie szczerze. Kocham Ich tak samo. Nie sposób kochać Ich różnie.

I najlepiej mi jest, kiedy widzę całą trójkę razem, w jednym miejscu. Wtedy czuję największy spokój.

Mam jednak świadomość tego, że każde z nich to odrębny byt, z różnymi potrzebami.

Że każde z nich chce mieć czasami mamę czy tatę tylko dla siebie.

Kiedy urodziłam drugie dziecko kolejnego dnia byłam już na godzinnym spacerze z pierwszym.  I każdego kolejnego dnia urządzałyśmy sobie takie maratony wokół domu. Te choćby pół godziny na wyłączność dla każdego z nich w ciągu dnia, to w moim odczuciu konieczność.

Z jednym dzieckiem idę na zakupy, innym na basen czy do kawiarni. Czasami wystarczy, że zamkniemy się w jednym pokoju z dala od rodzeństwa.

To samo robi mój Mąż.

Często też zostawiam go samego z trójką, nieraz nawet na kilka dni. Wtedy odprowadzają mnie na dworzec i krzyczą: nic się nie martw, na pewno dasz sobie radę mamo! 

A ja nigdy nie jestem tego pewna, bo najlepiej i najbezpieczniej jest mi z całą czwórką w domu.


2 komentarze

kasztany

Prowadzę samochód. Na tylnych fotelach dzieci dyskutują. Trzylatek mówi: Laura, mówię Ci boli mnie głowa. Pięciolatka mu odpowiada: masz szczęście Jasiu, że tylko głowa, mnie od kilku dni boli mózg.

I teraz zgaduj rodzicu?

a). Chorzy?

b). Hipochondrycy?

c). Mają jakieś duże problemy, które zajmują Ich małe głowy?

d). A może tak sobie gadają, żeby tylko pogadać?

Jak jesteś rodzicem musisz brać pod uwagę wszystkie opcje. Nie możesz żadnej wykluczyć. Musisz być czujnym. I obserwować. I myślisz. A że to nie są twoje jedyne zmartwienia, to od tego myślenia po kilku dniach zaczyna cię boleć… i głowa, i mózg.

Nie mogłam dziś podnieść się z łóżka. Ale, że Troje Dzieci i Mąż, bez dnia urlopu, już w tym roku nie przyjmują usprawiedliwienia – musiałam wstać. Dwa lata temu o tej porze, w chwilach kryzysu osładzałam sobie życie, jakoś było łatwiej, w tym roku zawzięłam się, i jest bardziej na wytrawnie. Przez co trochę trudniej. Na szczęście tym razem z pomocą przyszedł mi paracetamol i jesień. By przetrwać dzień z migreną, trzylatkiem i roczniakiem (pięciolatka w szkole) trzeba było sposobu, a tak właściwie to kasztanów.

Spacer, zbieranie kasztanów, a później zabawa nimi przegoniły smutki i natarczywe myśli. Złota angielska jesień okazała się lekiem na całe zło.

imgp4791

imgp4788

 

imgp4790

imgp4793

imgp4803

imgp4797

Co robiliśmy z kasztanami?

  1. Przekładaliśmy je z naczynia do naczynia, a dokładnie z wazonu do wazonu.
  2. Robiliśmy kasztanowe ludki, zwierzęta i pojazdy.
  3. Liczyliśmy kasztany, dodawaliśmy, odejmowaliśmy je.
  4. Tworzyliśmy z nich litery i cyfry, a także stworzyliśmy kasztanową drogę dla samochodów.
  5. Rzucaliśmy nimi do celu.
  6. Chodziliśmy po nich.

Po prostu. Kasztany zrobiły nasz dzień ;).

Na sam koniec już.

Po angielsku kasztan to chestnut.  A idiom związany z kasztanem to na przykład ten

  • She wanted to tell me yet again how she had met her husband, but I was like, not that old chestnut again!
    Starym kasztanem nazywamy historię opowiadaną w kółko do znudzenia, czyli taki odpowiednik naszego starego suchara.

PS. Jak kiedyś będę się powtarzała na tym blogu, to rzućcie we mnie kasztanem. Szybko zrozumiem wówczas co macie na myśli ;).


2 komentarze

trójkąt bermudzki

Dobry wieczór,

Oj, długo mnie tu nie było. Mam wrażenie, że całe wieki. Gdzie byłam, gdy mnie nie było, zapytacie? Otóż wyobraźcie sobie, że wpadłam w Trójkąt Bermudzki… Nie, nie ten na Atlantyku, w rejonie Bermudów. Na pewno nie w ten, który powstaje w wyniku sporadycznych erupcji metanu. W ciut inny. W taki mój osobisty. Taki, który sobie sama urodziłam. Bermudzki – nie bermudzki? Jak go zwał, tak zwał – efekt jest ten sam. Jak w niego wpadniesz człowieku, giniesz. Nie ma cię … dla siebie i świata. Na próżno wysyłać innym listy gończe, z trudem dochodzą.

Sytuacja tragiczna – myślicie sobie. Albo szepczecie pod nosem to, czego Pani R. nie bała się wykrzyczeć na widok mnie z trojgiem Małych Ludzi w jednym wózku: Pani Justyno, Pani musi nie mieć swojego życia.

20150504_105856

Otóż niekoniecznie musi tak być jak Pani mówi. To zależy, którą metodę Pani obierze. Albowiem z tej sytuacji są dwa wyjścia… dokładnie tyle samo ile jest dane człowiekowi, gdy ten wpadnie w wir w jeziorze.

Gdy byłam małą dziewczynką pouczał mnie mój dziadek jak wyjść z takiej sytuacji cało. Mawiał: słuchaj Justyna co mam ci do powiedzenia. Jeśli znajdziesz się w centrum wiru i zostaniesz wciągnięta przez niego pod wodę, nie staraj się wypłynąć z niego za wszelką cenę,  bo to niemożliwe. Po kilku próbach, stracisz siły i utoniesz. Bez sensu. Bądź mądra. Opanuj panikę i poddaj się działaniu wody. Gdy dobijesz dna, wybij się od niego ku powierzchni. Tylko w bok, nie z powrotem w wir. Przeżyjesz.

Sytuacja znad jeziora wydała mi się dziwnie podobna do tej, w której znalazłam się jakieś półtorej roku temu. Przy trójce małych dzieci wpadłam w wir… pracy. Na szczęście na ratunek mi szybko skoczył mój mąż. Gdy już chciałam płynąć pod prąd wówczas przypomniała mi się rada mojego dziadka. Opanowałam panikę i poddałam się nurtowi. Mój mąż nie wydawał się tak zaskoczony tą sytuacją jak ja, widocznie zawirowania mu niestraszne.  Spokojnie wirowaliśmy razem, woda nas niosła, całkowicie się jej poddaliśmy. Było nam dobrze. Czasami tylko nam się w głowach zakręciło od nadmiaru wrażeń… ale nigdy na tyle, by chcieć płynąć w inną stronę.

I choć wciąż w wirze mnóstwa pracy i obowiązków… to mamy wrażenie, że dno już niedaleko,

za chwilę będziemy się od niego mogli odbić…

a to znaczy jedno, że przeżyliśmy to zawirowanie. I to razem.

Najlepiej jak umieliśmy.

Płyniemy dalej. Życzcie nam spokojnych wód.

Pozdrawiam

Mamafulltime

PS. dziękuję, że poczekaliście :)


Dodaj komentarz

siła

Kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko (a było to dokładnie pięć lat temu), miałam taki zamiar żeby przeczytać wszystkie dostępne na rynku poradniki, uzbroić swoje szare komórki w wiedzę i zostać #Supermamą, #Mamąwszechwiedzącą, #Mamąktórazjadławszystkierozumy.

Przebrnęłam przez pierwszy, Język niemowląt, i zapamiętałam słowo klucz: „rutyna”. Niestety nie udało mi się jej wprowadzić do słownika mojego niemowlaka. Moja córka robiła ze mną co chciała, przede wszystkim spała kiedy chciała, a że częściej nie chciała niż chciała, to ja rutynowo byłam niewyspana. Pamiętam, że w tamtym okresie swojego życia oddałabym wiele za trzydzieści minut snu w ciągu dnia.  Sięgnęłam po drugi poradnik. Nie zdążałam zapamiętać jego tytułu ani autora. Jedno z pierwszych zdań, które w nim przeczytałam, skutecznie mnie zniechęciło do kontynuowania przygody z tą lekturą. Brzmiało ono mniej więcej tak: „Szczęśliwa mama to taka, która wstaje przed dziećmi i partnerem”.

– O nie, tylko nie to!

Zrozumiałam dwie rzeczy. Po pierwsze: szczęście, to pojęcie względne. To co jednej mamie je daje, drugiej może wcale niekoniecznie. Druga sprawa to fakt, iż wcale nie musisz iść ścieżką wydeptaną przez  innych, by znaleźć drogę do swojego szczęśliwego macierzyństwa. Tu małe wyjaśnienie, żeby wszystko było jasne. Podążania cudzymi śladami nie uważam z góry za złe. Nie do wszystkiego człowiek musi dochodzić w życiu sam i uczyć się na własnych błędach, ale też jestem zdania, że  ciągłe patrzenie pod nogi,  żeby nie zgubić tropu, nie zawsze musi człowieka uszczęśliwiać.

Dokładnie pamiętam ten moment kiedy macierzyństwo zaczęło mnie naprawdę cieszyć. A stało się to z chwilą, kiedy zawierzyłam swojej intuicji… Przez ostatnie pięć lat właściwie tylko z nią i z moim mężem współpracuję.

Tu nie ma bohaterów drugiego planu w postaci babć, dziadków, cioć i wujków. Tu jesteśmy i byliśmy od zawsze tylko ja i On. Ze strony naszych rodzin były zawsze uprzejme zapytania jak sobie radzimy, ale pytanie, czy może przyjechać i pomóc nie padło nigdy z żadnej ze stron. Dziś sobie myślę, że może dlatego, że nigdy nie narzekaliśmy i nigdy, z wyjątkiem tych pięciu tygodni w trzeciej ciąży, o żadną pomoc nie prosiliśmy. Przetrwaliśmy sami porody wszystkich dzieci, ich i nasze choroby, podróże, przeprowadzki. A kiedy byliśmy już w sytuacji podbramkowej korzystaliśmy z uprzejmości Marty i przyjaciół, których tu poznaliśmy.

Marta, Magda, Julia, Aneta, Iwona, Asia, Monika, Justyna. Dziękuję.

Te pięć lat jako rodzice, w dodatku na emigracji – to była niezła szkoła życia. Ale jednocześnie też najlepszy czas w naszym życiu.

Staliśmy się silni… To dobrze z jednej strony, ale z drugiej trzeba mieć na uwadze fakt, że siła odgradza człowieka od innych, więc za bardzo silnym w konsekwencji być się zwyczajnie nie opłaca. Niestety za późno. Zrobiło się już tak, że do pomocy nie potrzebujemy właściwie nikogo. Jeśli kogoś potrzebujemy to zawsze do dzielenia się radością życia jaką udało nam się osiągnąć.

Czasu więc cofnąć byśmy nie chcieli.

A jak przetrwać wychowawczy z trójką dzieci przy boku i nie zwariować? O tym w kolejnym poście. Podaruję Wam kilka nikomu nieprzydatnych rad ;)

Idę świętować z Mężem piąte urodziny naszego pierwszego dziecka.

Niebawem padnie pytanie: co Pani robiła przez ostatnie sześć lat swojego życia? Odpowiem: nie zwariowałam, a to dużo, proszę mi uwierzyć :)

A tak naprawdę:

  • ponad dwa lata w sumie byłam w ciąży
  • urodziłam troje dzieci
  • ponad trzy i pół roku w sumie karmiłam piersią
  • przespałam całych może z dziesięć nocy (nie kłamię!)
  • zdążyłam przytyć po dwadzieścia trzy kilogramy w każdej ciąży i tyle samo schudnąć (po dwóch, bo po trzeciej wciąż próbuję)
  • lecieć samolotem ponad dwadzieścia razy, w tym osiemnaście podczas samych ciąż
  • zorganizować własny wieczór panieński oraz ślub i wesele
  • zmienić miejsce zamieszkania, kraj, a później dom
  • założyć bloga(i) i napisać ponad 200 postów

Well done! Zasłużyłam na szampana, czyż nie?!

Mój Mąż też na niego zasłużył, gdyby nie On nie byłoby Mamyfulltime.

 

 


1 komentarz

mój kawałek podłogi

Widzą mnie przy drzwiach.

Mam na sobie białą koszulę i ciemną marynarkę. Wysoki obcas i włosy nienagannie uczesane. Zegarek na ręce, wiatr we włosach i szybki krok.

Kawę na wynos.

W domu ludzie umierają. Świat stoi otworem. Nie szkoda Ci tych lat.

Tymczasem.

Ja.

Otwieram oczy.

Leży obok mnie On i One.  Budzą mnie Ich uśmiechy, problemy, radości i zachcianki.

Budzi mnie Ich głód.

Są spragnieni. Przygód. Wiedzy. Miłości. Najbardziej mojego Czasu.

Ja stoję. One rozwijają skrzydła. Nie szkodzi. Taki był plan.

Czuję się potrzebna. Kochana,

To jest mój kawałek podłogi.

Czuję, że jestem na swoim miejscu.

Spokojna, spełniona.

Mimo skrajnego wyczerpania.

Szczęśliwa jak jeszcze nigdy w życiu.

Ta RODZINA cała utkana jest z moich snów.

I ta kawa z rana w ulubionej  filiżance.

Dziękuję, pozwólcie, że jeszcze chwilę postoję.