Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

atak w Londynie

Jesteś.

Pracujesz. Uśmiechasz się. Rozmawiasz. Jesz. Pijesz.

Robisz co do ciebie należy. Każdego dnia.

Udajesz, że się nie boisz.

Przed Nimi. Przed Nim na szczęście nie musisz.

I śpisz gorzej nie przez wirusa, który przyszedł i za kilka dni pewnie odejdzie.

Ty drżysz przed tym co nadejść może.

Co Twój i Ich dzisiejszy porządek w jutrzejszy chaos zamieni.

Nasz wspólny raj. W piekło.

Oglądacie teraz ze mną BBC. Pytacie się mnie co się wydarzyło w nocy w Londynie, a ja nie wiem co Wam odpowiedzieć. Chyba po raz pierwszy w życiu. Kiedy kilka tygodni temu dostałam od Waszej cioci smsa o treści: „Justyś przed chwilą była strzelanina pod Parlamentem. Jestem cała.” Zamarłam na chwilę. Moja siostra była wtedy o kilkaset metrów od tamtych wydarzeń, a kilka chwil wcześniej dokładnie w miejscu, w którym doszło do ataku terrorystycznego. To się nie dzieje gdzieś w świecie, to się dzieje tu.

Dzieciaki, boję się tego dzisiejszego świata. I nie będę udawała, że jest inaczej.


2 komentarze

emigracja

Mało ostatnio piszę, kiedyś pisałam znacznie częściej. Ostatnio nawet moja koleżanka groziła mi w sklepie, że kopnie mnie w tyłek (albo jakoś tak) jeśli nie wrócę do blogowania. Chcąc uniknąć Jej ciosów poniżej mojego pasa, odpowiednio zmotywowana, postanowiłam wrócić do nawyku pisania, które nota bene sprawia mi wiele przyjemności.

Zajrzałam na panel administracyjny bloga a tam, w zakładce szkice, ponad trzydzieści  wpisów, które kiedyś napisałam, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je opublikować. Do dziś. Postanowiłam, że każdy jeden z nich ujrzy światło dzienne i trafi do zakładki „opublikowane”. Oto pierwszy z nich.

Kilka lat temu lecieliśmy na Święta Bożego Narodzenia do Polski. Nasza córka zaczęła biegać po terminalu i usiadła na krześle obok jakiegoś młodego chłopaka. Pobiegłam za nią, usiadłam obok nich. Mężczyzna zapytał mnie ile córka ma lat. Odpowiedziałam. I tak zaczęła się nasza rozmowa.

Mówił mi o tym jak ciężko musiał pracować, żeby uzbierać pieniądze na ten świąteczny lot. Jak wcześnie musiał wstać by dojechać na to lotnisko w Anglii, mówił o tym jaka jeszcze długa droga przed nim po wylądowaniu w Polsce.

Dojadę późno w nocy. Następnego dnia usiądę do kolacji wigilijnej i zaraz potem będę musiał udać się w powrotną podróż. Bo wie pani, tak się złożyło w tym roku, że nie dostałem urlopu.

Ale to nic – dodał.

W moim rodzinnym domu nie zawsze dobrze się działo, i nie na wszystko było nas stać, ale Święta Bożego Narodzenia były zawsze wyjątkowe. I chce mi się tam być. Jeden dzień tam pobędę, ale wiem, że da mi to energię na cały kolejny rok.

Coś pani jeszcze powiem. Nie jest mi wcale dobrze w tej Anglii, ale fajnie, że mogłem pozwolić sobie na to by kupić wszystkim dzieciom pod choinkę po maskotce. 

Po czym otworzył plecak. W plecaku żadnych osobistych rzeczy, tylko kilkanaście pluszaków.

Proszę, a ten jeden jest dla Was. Wesołych Świąt.

 


2 komentarze

jesień na wiosnę

Dwa tygodnie temu.

Leżałam w łóżku z 39 stopniami gorączki, gdy zaświeciło słońce. Zaświeciło tak pięknie, jak nie świeciło od wielu miesięcy. Byłam pewna, że ma mi do przekazania jakieś dobre wieści. O tym, że wiosna nadchodzi, że ziemia za chwilę wyda na świat pierwiosnki. Dając mi tym samym znak… że za chwile wybudzę się z zimowego snu i rozkwitnę wraz z nową porą roku.

Tymczasem to słońce chciało mi przekazać coś innego. Najpierw odsłoniło okno, a na nim ślady miliona odciśniętych rączek, i ust. Potem wzięło się za moje skronie. W świetle, które rzucało, w swoim odbiciu lustrzanym zobaczyłam zamiast wiosny, jesień… jesień mojego życia. Otóż moja głowa w wieku 35 lat postanowiła wydać na świat pierwsze siwe włosy, a ten fakt nie kojarzy mi się w żaden sposób z rozkwitaniem tylko z… spuśćmy na to słowo kurtynę milczenia.

Naprawdę Słońce, nie wiesz, że nie kopie się leżącego!?

Pomimo ciosu, który mi zadało, wstałam z łóżka, by pod osłoną nocy co sił pobiec do specjalisty od włosów… a przy okazji też od duszy.

Zanim następnego ranka ponownie wzeszło, mój siwy włos był już tylko wspomnieniem.

Teraz możesz mi skoczyć Słońce, tzn. możesz mi świecić.

Jeśli ten blog jest miejscem, w którym opisuję moje życie, to musicie wiedzieć, że moja fryzjerka odgrywa w nim dużą rolę.  A włosy to tylko pretekst do spotkań z Nią.

 


Dodaj komentarz

gniazdko

Kiedy czytam dzieciom książkę i dochodzę do ostatniej strony, a ta kończy się zdaniem:… „I żyli długo i szczęśliwie”, to wierzcie mi, że mam ochotę cisnąć ją w kąt. Budzi się we mnie jakaś L-mamafulltime, a ten izomer ma znacznie mniej przyjazną twarz od mojej prawoskrętnej odmiany. Nieprawdopodobne ile w życiu zależy od światła.

Dlatego pozwólcie, że naświetlę Wam tę historię bardziej.

To nie jest tak, że ja w to długie i szczęśliwe życie nie wierzę. Wręcz przeciwnie. Mnie po prostu od zawsze to życie razem bardziej interesowało niż ten wstęp do niego. W skrócie: najbardziej w bajkach interesowałoby mnie to o czym autor zdecydował się nie pisać.

Dlatego ten rodzaj literatury nie przypadł mi do gustu.

Poza tym ja mam jakąś wewnętrzną alergię na królewiczów, od dziecka. Jeszcze jak byłam młodą dziewczyną ilekroć podjeżdżał pod mój dom jegomość na białym koniu, odzywał się we mnie instynkt samozachowawczy, który nakazywał uciekać. Ja po prostu średnio pasuję do pałaców, złoty to nie mój kolor. Słaba ze mnie byłaby księżniczka.

Już dawno zdecydowałam się porzucić bajki raz na zawsze.

Weszłam pomiędzy wirtualne półki internetowych księgarń i wyszłam z (nie)bajkami.

Jedną z nich jest książka Justyny Bednarek o tytule „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)”.

Książka opisuje dzieje skarpetek, które zaginęły w czasie prania. Moje Pięcioletnie dziecko uwielbia tę książkę. Ja również. Szczególnie opowieść o skarpetce ósmej, fragment zacytuję:

– Cały dzień cię nie ma, latasz gdzieś tylko, a ja nie mam do kogo dzioba otworzyć!

– Jesteś po prostu niesprawiedliwa, moja droga. Czy musisz się uganiać za robakami? Nie! A za myszami? Też nie! Tymczasem, czy deszcz, czy upał, ja ci to wszystko przynoszę do dzióbka. Jaśnie pani tylko siedzi w komforcie i marudzi!

– W komforcie?! W komforcie?! Nie bądź śmieszny! Popatrz na tę wielką dziurę w gnieździe, przez którą wpada wiatr i chłodzi mi jaja! Co ja wysiedzę, wygrzeję, to on zaraz zawieje i wymrozi! Ładny mi komfort!

– To może usadź swój gruby kuper ma dziurze, a wiatr nie będzie przez nią wpadał!

Ej, bo jak cię dziobnę, to zobaczysz! Ja, gruby kuper? Może się sam przejrzyj w kałuży, co! Też coś! Gruby kuper! Żebyś wiedział, że jak latasz sobie po świecie, to przylatują tu do mnie różne wrony i gdybym tylko chciała, bez trudu znalazłabym sobie sympatyczniejszego męża!

– No już, nie bocz się, moja kochana… Wiesz przecież, że w całym buczynowym lesie nie ma piękniejszej wrony od ciebie!

– Gruby kuper!

– No, najdroższa, zaraz polecę i przyniosę trochę liści, żeby uszczelnić nasze gniazdko!

– Gruby kuper, też coś!

(…)

I to jest lektura dla mnie. Życie w niej opisane. Jakieś wnioski można wysnuć. Z opowieści dowiadujemy się, że zarówno Pan Wrona jaki i Pani Wrona ideałami nie są. Ale to bardzo kochająca się para. „Pan Wrona dla Pani Wrony dałby się oskubać, ona dla niego obleciałaby całą Ziemię dookoła”. Wiemy, że wiją gniazdko, że o swoje jajka dbają jak potrafią. Zauważamy, że i dystans do siebie mają, i humor ich nie opuszcza… Możemy wysnuć wniosek, że póki mają siebie, to jest tak jakby mieli wszystko. Jedyne co muszą to tylko dopilnować, żeby kruków nie wpuścić pomiędzy siebie…

Jak dla mnie (nie)bajka.

Powiedźcie sami, czy to nie jest ciekawsza opowieść niż ta z jakich stron Pan Wrona przyleciał, i skąd Panią Wronę wyrwał.


Dodaj komentarz

ekskluzywny prezent

Świętem Trzech Króli zawsze kończymy okres radosnego świętowania. Radośni pozostajemy, ale już mało świąteczni, za to bardzo zwyczajni. Trzymając się tonu, który sobie narzuciłam w 2013, podobnie spróbuję opisać te Święta Bożego Narodzenia AD 2016.

W Święta.

Choinka. Weszła drzwiami, w towarzystwie radosnych okrzyków. „Mamo, Mamo… niosą ją!”, „Witamy cię choinko”, „Jaka jesteś piękna”, „Będzie ci u nas dobrze”. Wyszła oknem, ale też skandowano na jej cześć: „żegnaj choinko”, „będziemy tęsknić”, „za rok wrócisz,nie?”

Choinka była żywa. Żywiła się cukierkami, które na niej zawiesiliśmy i żwawo się ruszała, bombki zmieniały miejsce na niej średnio kilka razy na dziennie.

Pierogi z grzybami  przyćmiły inne wigilijne potrawy. Nie pamiętam, żeby coś innego serwowano.

Pierwszego dnia świąt na stole po raz pierwszy pojawił się indyk, a przy stole niezwykle miły Irlandczyk. Obydwaj bardzo przypadli nam do gustu.

Jak co roku grałam kolędy na pianinie, niepotrzebnie tylko w tym roku śpiewałam.

Gwiazdor w nocy zjadł ciasteczka, renifer marchewkę… nie mamy pojęcia, którędy, kiedy i jak się dostali do domu.

Śniegu nikt nie widział, za to deszcz wszyscy.

 

imgp6030imgp5985 imgp5960 imgp5921 imgp6039 imgp5961 imgp6044 imgp5726-001imgp6141 imgp6226 imgp6245 imgp6260imgp5979imgp6542Najlepszym prezentem w te Święta była jednak wizyta Dziadków.

O miłości dzieci do dziadków napisała kilka dni temu na swoim blogu Kasia, napisała tak pięknie, że pozwolę sobie Ją zacytować. Może nie będzie miła mi tego za złe.

… To taka bolączka wszystkich emigrantów, że wizyty dziadków to ekskluzywny prezent, który tylko od czasu do czasu i ceni się go jak skarb, bo nigdy nie wiadomo kiedy znowu.

My nie mamy rodziców do pomocy na co dzień, nie mamy tej mamy czy taty, do którego możemy na chwilę podskoczyć w drodze do dentysty. Dziadek nie przyjdzie na kawę, nie posiedzi, gdy trzeba wyjść do lekarza. Babcia nie wpadnie z miską pierogów, nie zabierze na spacer, nie odbierze ze szkoły, gdy nam coś wypadnie. Nie przyleci na skrzydłach nad ranem, gdy gorączka, choroba lub leń. Nie podzieli się doświadczeniem, nie odciąży, nie będzie obok.

Mamy za to, do perfekcji opanowany system połączeń międzynarodowych, umiejętność wyszukiwania najtańszych połączeń lotniczych do Polski i wyjątkową czujność na telefony i wiadomości z kraju. Mamy cierpliwość i determinację, którą odmierzamy długość pasa startowego na wszystkich polskich lotniskach i pojemność baku paliwa, który starczy do samego domu (…)

(…) Pokonujemy rocznie tysiące kilometrów, nie straszne są nam mgły, silne wiatry, turbulencje i opóźnienia lotów. Znamy każdą dziurę na polskich drogach, wiemy, w jakim okresie jest najmniej korków i gdzie omijać kontrole drogowe. Na trasach do Polski znamy wszystkie najlepsze noclegi oraz miejsca gdzie można wypić mocną kawę przed podróżą w nocy. Umiemy się pakować w tempie ekspresowym, mieszcząc w małej walizce trzydzieści kilo. A to wszystko po to, aby zobaczyć babcię.

Opowiem Wam o miłości na odległość, o tej, o której nie mówi się za wiele. O miłości dziadków do wnuków, które mieszkają czterysta mil od nich. O tym polskim pokoju pustym, w którym zabawki czekają w pudełkach, pościel i poduszki złożone, wyprane. O tym domu, gdzie nie słychać tupotu małych nóżek na co dzień, w którym wnuki nie rozlewają mleka na dywan, nie rysują kredkami po ścianach, nie płaczą w gniewie, tupiąc nogą mocno, mocniej. Opowiem Wam o babci, która czeka po drugiej stronie monitora i macha z daleka przez ekran, uśmiechając się do kamery. O dziadku, który chodzi na pocztę z paczkami dla wnusi, który drukuje zdjęcia wnuka i wiesza na ścianach swojej sypialni (…)

(…) Opowiem Wam o miłości, która przezwycięża strach latania, bariery językowe i wstyd przed nierozumieniem i obcością. Jest większa niż zmęczenie po wielogodzinnej podróży, ciągnącym się czekaniu w kolejce na odprawę. Nie straszna jest jej ostatnia złotówka wydana na pociąg na lotnisko i sucha bułka zjedzona w spoconym samochodzie czy busie do celu. To taka miłość na odległość, o której się nie mówi za wiele, taka miłość wpisana w posiadanie dzieci na emigracji.

Nigdy nie pytałam moich rodziców jak to jest i nie wiem czy wiem. Ale chyba wiem…”

Cytat pochodzi z bloga Mama w UK. Szczerze kibicuję Kasi. Mądre teksty wychodzą spod Jej pióra…

 

 

 


Dodaj komentarz

przyjaciółka

Znałyśmy się tylko z widzenia.

Nie. To nawet nie było tak.

To ja Ją znałam z widzenia, Ona o moim istnieniu nie miała w ogóle pojęcia.

Wydawała mi się bardzo wyniosła, co nigdy nie zachęcało mnie do nawiązania z Nią jakiejkolwiek relacji.

Poza tym mówiłyśmy w innym języku.

Ja rozumiałam Ją trzy po trzy, Ona polskiego nie znała ni w ząb.  I nie wydaje mi się, żebyśmy przy herbacie z mlekiem odnalazły nagle wspólny język. Nie pijam takowej.

Kilka lat temu poznała Ją osobiście moja siostra.

Zauroczona Nią, mówi do mnie: daj Jej szansę, poznacie się, może i między wami zaiskrzy.

Nie zaiskrzyło. Była zimna, wiało od niej chłodem, źle się nosiła. Nie w moim guście.

Po tygodniu przebywania w Jej towarzystwie rozczarowana wróciłam do siebie.

A później…

… zadziały się rzeczy dziwne.

Postanowiłam dać Jej drugą szansę i trochę więcej czasu.

Miesiące mijały nam szybko, a Ona z dnia na dzień odsłaniała swoją prawdziwą twarz.

Bardziej przyjazną.

Byłam gościem u Niej, a Ona robiła wiele żebym poczuła się jak u siebie.

Za zasłoną chmury deszczowej, ma bardzo słoneczne oblicze.

Od początku respektowała moją odmienność, a ja Jej.

Zaczęłyśmy po kilku latach mówić tym samym językiem.  To znaczy bardzo podobnym.

Po pewnym czasie okazało się, że i polski nie jest Jej już taki obcy.

Czasami przybierała twarz profesjonalnej położnej, innym razem uprzejmej sąsiadki, wychowawczyni w szkole.

Albo staruszki w autobusie.

W grudniu minie pięć lat naszej znajomości.

I ja już sama nie wiem. Czy Ona mnie ze sobą tylko oswoiła, czy może już do siebie przywiązała?

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz

Ich historia…

Tomek, mój mąż, miał wszystko, czego potrzebuje człowiek, by być szczęśliwym — wymarzoną pracę, szczęśliwą rodzinę. Z zawodu jest fizjoterapeutą. Od zawsze chciał nim być. Najpierw ukończył studium policealne, później studia magisterskie na Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika — obie szkoły z wyróżnieniem. Później praca. Udzielał się wszędzie: w przychodni, szpitalu, hospicjum, na końcu w sanatorium. W każdym z tych miejsc się spełniał. Zanim podjął pracę w sanatorium, rehabilitował w hospicjum dzieci z dystrofią Duchenne’a. Jakkolwiek to zabrzmi — poprzez pracę kochał te „swoje” dzieci i patrzył, jak dorastają. Tak upłynęło 15 lat.

Wówczas to, w marcu 2014 r., urodził mu się wymarzony syn. Tomek bardzo chciał go „kangurować”; niestety próba zakończyła się fiaskiem, gdyż malutki nie otrzymywał od ojca tyle fizycznego ciepła, ile powinien. Tomek dowiedział się, że jego organizm widocznie nie jest w stanie wytwarzać odpowiedniej ilości ciepła. Przypomniało mu się, że już kiedyś to słyszał — gdy musiał zrezygnować z honorowego krwiodawstwa, ponieważ po każdym oddaniu krwi poziom hemoglobiny w jego organizmie wzrastał zbyt wolno, a ponadto był coraz niższy przy każdym kolejnym pobieraniu krwi. Podjęto decyzję, że Tomek nie może oddawać krwi — powiedziano mu, że w tej sytuacji musi żyć dla siebie, a nie dla innych, gdyż za chwilę sam będzie potrzebował krwi.

Dziecko, które przyszło na świat, było efektem 10-letnich starań. Teraz maleństwo wypełniało mu cały wolny czas. W końcu zaczął odczuwać, że opuszczają go siły. Sądził, że dzieje się to w wyniku zaangażowania w pomoc żonie przy dziecku. Nawet żartował, że zaraził się dystrofią od „swoich” dzieci, chociaż jako profesjonalista dobrze wiedział, że to choroba genetyczna i o jakimkolwiek zarażeniu nie mogło być mowy. Z upływem kolejnych tygodni stawał się coraz słabszy. Zaczął o tym otwarcie mówić, co w przypadku faceta, który nigdy nie chorował, budzi jakieś podejrzenia. Nawet jego mowa stawała się coraz mniej wyraźna (chociaż nie miał radiowego głosu) — język po prostu odmawiał mu posłuszeństwa, chwilami nie był w stanie artykułować głosek.

Zaczęła się też pojawiać niemożliwa do opanowania senność, która atakowała go w najmniej oczekiwanych momentach. Zdarzyło się nawet, że przysnął za kierownicą, gdy wracał samochodem z pracy. Miał dużo szczęścia — jechał powoli, a z przeciwka akurat nic nie nadjeżdżało: skończyło się najechaniem na krawężnik, omal nie doszło do uderzenia w drzewo. Po tym incydencie odłożył prawo jazdy do lamusa. Prowadząc samochód, zbyt wiele ryzykował. Do pracy miał niedaleko — 30 km. Zaczął jeździć autobusem. Żeby zdążyć na czas, nieraz w drodze na przystanek trzeba przyspieszyć. Wtedy też zauważył, że nie potrafi podbiec do autobusu. Przecież to nic trudnego — nigdy nie stanowiło to dla niego problemu. Autobus odjeżdża. Tomek zostaje z myślami.

Stracił sporo na wadze. Miał problemy z przełykaniem. Wizyta u laryngologa miała to zmienić. Diagnoza: wysuszona śluzówka. Po jednorazowym zażyciu leku niewiele brakowało, by udusił się własną śliną. Spacery stały się rzadkością, bo stopy podczas chodzenia zaczęły mu bezwładnie opadać. A przecież całkiem niedawno chodził z żoną na kurs tańca towarzyskiego. Czuł, że coś jest nie tak — i to w bardzo poważnym stopniu. Jego twarz zaczęła zdradzać chorobę. Dłonie, które po zaciśnięciu rozkurczały się z mimowolnym opóźnieniem, nie pozostawiały złudzeń. Wiedział, że jest to coś z chorób nerwowo-mięśniowych.

Wybrał najlepszego neurologa w mieście. Gdy podczas pierwszej wizyty wymieniał objawy, usłyszał, że już wystarczy: dystrofia miotoniczna Steinerta. Jeszcze przed badaniem EMG i badaniami genetycznymi. Trzy dni później EMG potwierdza podejrzenie dystrofii miotonicznej. 29 lutego 2016 roku, w Światowym Dniu Chorób Rzadkich, z laboratoryjnej taśmy Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie schodzi diagnoza choroby Tomka: dystrofia miotoniczna typ 1. Wiedząc już, że jest to dystrofia mięśniowa, że każdy nadmierny wysiłek prowadzi do zaniku jego własnych mięśni, że wystawanie na przystankach niszczy jego ciało — rezygnuje z zawodu fizjoterapeuty. Nawet nie wiedział, że miał w pracy tyle fartuchów. Spakował je i przygotował do wyrzucenia. A jednak zostawił je, mając nadzieję, że zostanie wynaleziony lek…

Ps. Historia była pisana w marcu 2016 r.  W lipcu dowiedzieliśmy się ze synek odziedziczył wadliwy allel po swoim tacie 😒

Pracujemy na to, żeby zacząć od „zera”, żeby było tak jak kiedyś….
Jakoś sobie radzimy. Coraz bardziej rozumiemy, dlaczego ludzie poddają się w podobnej sytuacji, załamują, odpuszczają. My jesteśmy silni na tyle na ile potrafimy. Ale wciąż RAZEM. I tylko to daje nam siłę.
Wierzcie nam, życie ludzi w takiej i podobnej sytuacji to zgliszcza…
Brakuje sił ale nie brakuje determinacji do wyprowadzenia naszego życia na prostą.

Jedyną nadzieją jest terapia  mezenchymalnymi komórkami macierzystymi…..

Drogi Czytelniku,

Dziś pozwoliłam sobie na stronach tego bloga opublikować historię ludzi, których moja rodzina zna osobiście. Pani Asia, autorka tego listu i żona chorego Pana Tomka, to znajoma mojej mamy z pracy. To piękny, mądry i dobry człowiek. Taki, o którym można powiedzieć „do rany przyłóż”. Pełna optymizmu i wiary kobieta.  I gdyby tylko te dwie rzeczy wystarczyły do tego by Mężowi zdrowie przywrócić, sama by pewnie dała radę. Niestety Panu Tomkowi potrzebna jest terapia. A leczenie to kosztuje.

Dlatego dziś zwracam się do Ciebie z ogromną prośbą o finansową pomoc dla tej rodziny. To okropne, że pieniądz decyduje o czyimś życiu, ale tak właśnie jest. W tym przypadku decyduje o tym także czas.

Jeśli możesz przelej proszę TUTAJ dowolną kwotę na leczenie Pana Tomka Tomickiego i\albo udostępnij informację o zbiórce.

Dziękuję za każdą złotówkę, którą zdecydowałeś się przelać.

Pozdrawiam serdecznie

Justyna.