Mamafulltime

Blog o życiu w Anglii. Pisany przez matkę trojga Małych Ludzi, prawdziwą koneserkę życia.


Dodaj komentarz

chłopięcy świat

Dziewczęcy świat jest mi dobrze znany. Chłopięcego wciąż się uczę. Choć fascynuje mnie od dawna. I przyznaję , tak z ręką na sercu, małe resoraki porozrzucane po całym naszym domu są dla mnie teraz jego największą ozdobą. A widok synów zasypiających z samochodzikiem w ręku wzrusza mnie do łez, za każdym razem. I chęć posiadania pickupa lub campervana coraz większa. Może nie teraz, zaraz, już… ale kiedyś tam. No bo czemu by nie?!

Zdjęcia wykonane na Berkshire Motor Show.


Dodaj komentarz

Walencja non-inclusive, Walencja cz. 3

Nie należę do miłośników wczasów all-inclusive. Nie lubię mieć wszystkiego podanego na tacy, siedzieć w basenie i popijać drinki. Byliśmy z W. w jednej takiej podróży.  Rzecz działa się w Tunezji. Oprócz miejsca wypoczynku zapamiętałam jeszcze tylko hotel, w którym czułam się jak w twierdzy,  oddzielona od tego co mogłoby okazać się ciekawe. I tyle pamiętam z naszej egzotycznej podróży. Powiedzieliśmy sobie wtedy: nigdy więcej trasy wyznaczonej przez jakieś biuro. Nowe miejsca chcę poznawać z bliska. Krążyć ulicami miast, jadać miejscowe potrawy i szukać okazji do rozmów z „tubylcami”, a później opisać to wszystko na blogu i czuć się prawdziwym „podróżnikiem” ;) Iluzja. Wczasy zorganizowane przez biuro, czy też wypad na własną rękę i tak prowadzą dawno utartymi ścieżkami, opisanymi już  w przewodnikach albo blogach. No bo kto będąc w Walencji nie jadł paelii, nie pił orxaty, czy nie zwiedził Miasta Sztuki i Nauki. Wszyscy to robią. ..No nic, ale nie poddaję się i dalej będę kontynuowała moje opowieści o dobrze już znanej i odkrytej Hiszpanii, z nikim nie rywalizując o wrażenia i doznania, czy też status na portalu społecznościowym. Po prostu – byłam, widziałam…to sobie opiszę, jakbym to ja była odkrywcą nowych smaków i miejsc:)

Drugim znakiem firmowym Walencji po festiwalu Las Fallas jest Ciudad De Las Artes Y Las Ciencias – Miasto Sztuki i Nauki projektu Santiago Calatravy, zlokalizowane w starym korycie rzeki Turii, oazie zieleni w środku spalonego słońcem miasta. Projektant nie mógł oderwać się od symboliki tego miejsca – wodę uczynił więc motywem przewodnim projektu, lustrem dla wspaniałej architektury. Kompleks składa się z pięciu głównych budynków, w których znajdują się m.in. największe w Europie oceanarium i delfinarium, kino, planetarium, muzeum XXI wieku, teatry oraz ogród botaniczny. Całość zajmuje obszar 350 tys. metrów kwadratowych. Mieszkańcy ten kawałek Walencji nazywają miastem przyszłości. Dlatego nas, kobiet przyszłości, nie mogło tam zabraknąć .

Największe wrażenie zrobiło na nas oceanarium, gdzie pokaz delfinów wzruszył mnie do łez, a w rekinie po raz pierwszy zobaczyłam troskliwą mamę, a nie tylko drapieżnika.

Na ogarnięcie z dzieckiem tylko tego jednego obiektu potrzebowaliśmy ponad czterech godzin. Zwiedzenie całego miasta przyszłości w jeden dzień jest nie do osiągnięcia. Chyba, że w międzyczasie zrobicie sobie przerwę na paellę czyli ryż z patelni i popijecie ją specjałem Walencji, orzeźwiającym mlecznym napojem o nazwie orxata (lub horchata), wytwarzanym z cibory (Cyperus esculentus), sprowadzonej na teren Hiszpanii przez Maurów. Pijalnie, w których można się napić tego wynalazku nazywa się orxateriami. Po całym dniu zwiedzania mi osobiście ani ryż, ani mleczny napój nie były w stanie postawić na nogi. Siestę najchętniej spędzałam w łóżku lub za kierownicą samochodu. Jeszcze nigdzie tak dobrze nie prowadziło mi się auta jak w Hiszpanii. Oprócz prawidłowych reakcji hiszpańskich kierowców na czerwone i zielone światła sygnalizatorów, żadnych innych reguł w ruchu drogowym nie stwierdziłam. Skręcanie w lewo ze środkowego pasa jest normą, co daje pewną swobodę słabo zorientowanym turystom. Albo klaksony nie są tam obowiązkowe, albo Hiszpanie wyjątkowo spokojni na drodze. Zrobiłam 2100 kilometrów, z czego większość po Walencji i mogłabym tak jeździć i jeździć… gdyby nie Laura z tyłu, która wyznaczała ramy czasowe :)

c.d.n.


2 komentarze

Dla małych i DUŻYCH – Walencja cz.2

…ale zawiało chłodem w tej Anglii. Muszę szybko opisać wspomnienia z Hiszpanii bo jeszcze nie daj Boże ulegną zamrożeniu. Odpalam nasz elektryczny kominek, w dłoni dzierżę wielki kubek kakao i zajadam „kryzysowego murzynka”. Ciasto, które powstało praktycznie z niczego, w czasie krótszym niż powinno… ale najważniejsze, że podniosło poziom glukozy w mojej krwi.

Położona na wybrzeżu Costa Blanca Walencja jest trzecim co do wielkości miastem Hiszpanii . Znakiem firmowym tego miasta jest, zapoczątkowana w średniowieczu, fiesta Las Fallas – święto ostatnich dni zimy. Święto to zapoczątkowały wiosenne porządki, podczas których na ulicy miasta palono stare meble i śmieci. Dziś w ich roli występują wznoszone na skwerach i placach, kosztujące setki tysięcy euro, konstrukcje z papierowej pulpy. Fallas to monstrualne rzeźby przedstawiające różne postaci. Taka satyra na obyczaj lub politykę. Ostatniej nocy – La Nit del Foc –  wszystkie fallas zostają spalone, a pod ratuszem wznieca się ogień kulminacyjny (który podobno sięga piątego pietra). Takie tam hiszpańskie świętowanie. Muszę to kiedyś zobaczyć, podobnie jak  obrzucanie się pomidorami w Buñol czy bieganie z bykami po ulicach Pampeluny.

Ale o czym ja marzę: fajerwerkach, bykach, tarzaniu się w pomidorach. Zejdź na ziemię Matko Polko i najpierw odchowaj swoje dzieciaki a później myśl o świętach ekstremalnych.

Tak więc schodzę i odsłaniam chilloutowe oblicze Hiszpanii i Walencji. Państwa i miasta, które okazało się cudownym miejscem wypoczynku dla rodziców i ich pociech.

Po pierwsze morze i pogoda. Piękne plaże i ciepła woda w Morze Śródziemnym, stanowiły obowiązkowy punkt dnia. Wymoczyłyśmy się z Laurą za wszystkie czasy –  nie myśleliście chyba, że napiszę, że wylegiwałyśmy się na ręcznikach zażywając kąpieli słonecznej. Wczasy z dzieckiem tą aktywność zupełnie wykluczają.

Może zwiedzanie? Tak, i owszem, ale nie wszystkiego. Nie wchodzą w grę obiekty nieruchome, a zatem w poszukiwaniu tych ruchomych ruszyłam do zoo i oceanarium. Tu radości nie było końca – dla rodziców jak i  dla dzieci. Wizyta w Bioparcu musi stanowić główny punkt w planie rodzinnej wycieczki. W tym ZOO  żadne ze zwierząt nie mieszka w klatce. Żyrafy, słonie i nosorożce, dzięki wymyślnym konstrukcjom, biegają po wybiegach imitujących ich naturalne środowisko. Leniwce nawet i tego nie potrzebują, pod czujnym okiem opiekuna przechadzają się dumnie w pobliżu zwiedzających. Freud twierdzi, że dzieci do trzeciego roku życia nic nie pamiętają z obrazów, które widziały. Być może. Ja natomiast na zawsze zapamiętam uśmiech, który rysował się na twarzach naszych pociech na widok dzikich zwierząt. I to „o!!!!” mojej Laury, która już jako mała dziewczynka tak pięknie potrafi się zachwycać otaczającym Ją światem. Mam nadzieję, że to „o!!!”, czy inne „wow” zostanie z Nią na całe życie.

Podczas gdy moja córka, i córka mojej przyjaciółki zachwycały się zwierzakami, nimi zachwycił się pewien młody, prawdopodobnie czteroletni dżentelmen. Najpierw podbiegł do Laury i Ją pocałował, a później, ominąwszy wszystkie Hiszpanki, do A. Najwidoczniej blond włosy działają na młodzieńców z hiszpańskim temperamentem jak magnes. Zrobił to tak szybko i sprawnie, że tak my, jak i jego rodzice ze zdumienia i śmiechu do łez wychodziliśmy kilka minut.

Udało mi się zrobić kilka zdjęć, dosłownie tylko kilka, bo obiekty były bardzo ruchome. Zwierzę w jedną stronę gnało, Laura w drugą. Nie wiedziałam czasami za co się łapać. 16 miesięczne stworzenie, wózek i aparat fotograficzny to wystarczający balast dla ciężarnej w 20 tygodniu ciąży. Na szczęście łyk kawy i bagietka, skonsumowane  z widokiem na żyrafy, szybko mnie postawiły do pionu.

To był bardzo udany dzień.

c.d.n.